TANIEC, KTÓRY WCIĄŻ JEST ŻYWY

Wielkanoc to dla mnie Święto Życia. Czym ono jest jeśli nie ciągłą zmianą, ruchem, przechodzeniem, rodzeniem się i umieraniem. Życie nieustannie się zmienia. Czasem wydaje Ci się, że potrafisz żyć wedle pewnych wiadomych reguł. Tymczasem ktoś zabiera ci podłogę spod stóp i znowu ratujesz swoje potłuczone serce.  Nic nie wiesz, a tak byś chciał/a. Przewracasz się, musisz na nowo uczyć się, odkleić się od tych wcześniej poznanych kroków, od znajomej struktury podłoża, w której wydeptałeś/aś już ścieżki.

Życie to ciągły ruch i taniec. Elisabeth Gilbert pisze o tym, w jednym ze swoich postów:

“We change. Life changes. We often feel shame, confusion and anger about about those shifts and pivots. But what if we just trusted the river? She seems to know where she wants to go.” 

 (Zmieniamy się. Życi​e się zmi​enia. Często odczuwamy wstyd, zamieszanie i złość z powodu ​tych zmian. Ale co jeśli zaufamy rzece? Wydaje się, że ​ona ​wie, gdzie chce ​płynąć.)

Co jeśli poddamy się i odpowiemy tworzeniem i kreatywnością na to co jest? Jakaś część mnie wie, że nic nie jest stałe, obiecane, dane na zawsze. Ale inna chciałaby wiedzieć. Zapuścić korzenie, rozsiąść się na kanapie, zjeść wszystkie rozumy. Być idealnie przygotowana do życia. Nie pobrudzić się, nie pozdzierać sobie kolan.

Ale światło świadomości nie przychodzi ​ ​do  idealny​ch. Zawsze właściwych, poukładanych. Oni przeważnie stoją w miejscu. Tak bardzo boją się pomylić, że zastygają w bezruchu. Na poziomie ciała mogą pojawić się obrzęki nóg, ale również problemy z tarczycą.  ​Bo emocje, które​ “trzymasz” są ​ za grube do przełknięcia.​ Bo złość, którą kumulujesz dzieje się w środku, w tobie. ​

Kiedy patrzę na tę część, która chce być zawsze adekwatna i gotowa do odpowiedzi, widzę wszystkie dzieci, które musiały sobie radzić same, bo od małego były dorosłymi. Widzę dzieci krytykowane za swoją dziecięcość. Nieudolność, głośność, ruchliwość, artystyczne próby mazania po ścianach . Dzieci, które stale musiały być jednym odcieniem tego samego koloru. ​W punkt. Spod igły. Czyste i akuratne. Wstydzić się tej części,  która była nieporadna, szła do szkoły i nie wiedziała o czym się tam mówi. 

Kiedyś myślałam, że kiedy popełnię błąd będę przegraną. Z czasem nauczyłam się trenować mięsień odwagi, który zarysowywał się wraz z moim działaniem. Powiedzeniem po raz pierwszy “Nie”, przyznaniem że czegoś nie potrafię, powiedzeniem komuś o uczuciach, wyjściem z bezpiecznego układu. 

  Ostatnio znowu musiałam przyznać, że nie wiem i nie potrafię. Czułam się, jakby ktoś zabrał mi grunt, na  którym już udało mi się rozgościć. I znowu nie wiem co przyniesie mi jutro. 

Ale odwaga nigdy nie bierze udziału w wyścigu. Nie bierze się z “idę w ciemno, bo znam”. Wykazuje się nią ten, kto zdecyduje się działać, pomimo tego, że nie wie co go czeka i jak zostanie odebrany.

Tylko tak możemy uratować swoje potłuczone serca. Tworząc w odpowiedzi na to co jest żywe. Tańcząc z każdą zmianą. Bo ruch odbiera nam bezradność, bo każdy kolejny krok sprawia że dzieje się w nas życie. Więc twórz coś do czego masz serce, bo to czasy, kiedy serce stało się liderem. To nie musi być nic wiekopomnego, bo nie o taką wielkość tu chodzi.  Może to być szarlotka, wiersz, serwetka. Ważna jest miłość do życia, bo wtedy taniec jest żywy. I żadne szaleństwo nie wejdzie w twoje organy i kości. Kreatywność to ruch, rozglądaj się każdego dnia z ciekawością dziecka, aby ta sytuacja nie wycofała cię z kreacji. 

Dziś zapytałam siebie co mogę zrobić, aby ten świat był lepszy? Ale przecież  ostatnio widzę tylko swój kwadrat, o czym więc mowa?

Mój kwadrat stał się przez chwilę całym moim światem. I dobrze. Mogę upiększyć wszystko to, co odkładałam na wieczne nigdy. Bo zbawianie świata dla wielkich idei to iluzja… jeśli nie masz pościelonego łóżka. Jeśli chcesz zmiany na lepsze, nie szukaj dziur w wielkim świecie. Zacznij od siebie. Jeśli przyjmiesz nieprzewidywalność, niejednoznaczność pod swój dach, otworzysz się na nieograniczone możliwości. W twoim świecie zaczną się dziać cuda. 

Ostatnio sporo medytuję z obfitością, która dla każdego może być innym zestawem tematów. Bo każdemu czego innego brakuje do pełni. Jest to temat rzeka. Ba! Ocean. I nie będę dziś o tym pisała, powiem tylko o obfitości w kontekście nieprzewidywalności. Co to znaczy zaprosić nieograniczoną obfitość do swojego życia? Między innymi przeżywać wszystko co jest do przeżycia. Doświadczać bez wartościowania. Zrezygnować z kontroli i poddawać się fali. Wtedy wypłyniesz na ocean, który jest nieskończony w swym bogactwie. Jak to przełożyć na prosty język konkretów? Potraktuj wszystko co się pojawia w twoim życiu jako szansę do przebudzenia. Nie nazywaj tego negatywnym i pozytywnym. Stwórz prawdziwy , zdrowy związek ze swoim życiem. Przeżyj i idź dalej. Spraw, aby taniec wciąż był żywy. 

 

Tekst – Dorota Pawelec

Fot. Anna Paśnik