Robię co mogę…reszty nie trzeba

Od dawna zajmuje mnie odnajdywanie, uznawanie i docenianie utraconych czy zapomnianych wartości. Są one związane z żeńską esencją obecną w każdym z nas.
Są o obecności w uczuciach, w słuchaniu intuicji, w byciu. W czekaniu, wołaniu, w tęsknocie, w bólu, w byciu brzemienną i w byciu pustą. W sygnałach płynących z ciała, w naturalnych cyklach, w otwartości, wrażliwości serca, w kreowaniu. W odnajdywaniu siebie w drugim człowieku, w połączeniu ze wszystkimi istotami, naturą, duchem. W śnieniu. W doświadczaniu mądrości chaosu i destrukcji, intymności śmierci i narodzin, otwartości na kreację światów.
Są o szanowaniu cielesności i seksualności. O odczuwaniu przepływu energii i odnajdowaniu siebie w tym przepływie. Są o czerpaniu mocy z tego niewyczerpywalnego źródła, które nas karmi, a które możemy nazwać nieskończonością. Te jakości, jak wspomniałam wyżej nie są jeszcze uznane, często nawet nie mamy świadomości czym są, a o docenianiu dopiero zaczynamy nieśmiało wspominać. Ale zanim światło pojawił się cień. A mianowicie pojawiła się narracja, o tym że mamy prawo te wartości jeszcze nierozpoznane, nieuznane i niedocenione sprzedawać.
Faktem jest, że osoba, która stoi pod latarnią też ma prawo do tego żeby sprzedawać swoje ciało, swój czas, energię i umiejętności. Ale czy to co robi jest prawdziwie rozpoznane, uznane i docenione? Najpierw przez nią samą. Bo nie chodzi o sam akt brania zapłaty za jakości czy umiejętności, jakiekolwiek by one nie były. Chodzi o prawdę i autentyczność. A ona manifestuje się przez nas, czy mamy do tego prawo czy go nam odmówiono.
Kiedy ponad trzydzieści lat temu w Polsce żyłam w otwartych relacjach z czterema mężczyznami nie pytałam nikogo czy mam do tego prawo. Po prostu to robiłam. Bo to była moja prawda. Bo moja intuicja i mądrość ciała podpowiadały, że oszukiwanie, zdradzanie lub wybieranie jednego nie jest moją prawdą. Nie obchodziło mnie, że wyzywano mnie od dziwek, policzkowano publicznie i wysyłano do psychiatry. Żyłam w zgodzie ze sobą.
Kiedy trzynaście lat temu odeszłam z buddyjskiej sanghi, która była mi rodziną przez 15 lat nie pytałam nikogo czy mam do tego prawo. Po prostu to zrobiłam podążając za swoim wewnętrznym głosem. Pomimo, że tak wiele lat było to moje życie i moja prawda, kiedy tylko uświadomiłam sobie, że tak już nie jest, odeszłam.
Żeby zostać sama w zgodzie ze sobą. Piszę o tym, bo jeśli jakości, o których wspominałam są twoją prawdą. Widzisz je, czujesz, szanujesz i doceniasz. Jeśli po prostu są tobą możesz z nimi robić, co tylko zechcesz i nikt nie ma mocy żeby ci tego zabronić. Ale jeśli chcesz coś sprzedać, bo akurat pojawiło się na to zapotrzebowanie, nazwij ten akt po imieniu. Nazwij siebie po imieniu. Nie dorabiaj historii, nie szukaj popleczników, nie twórz międzynarodowego ruchu na rzecz prawa do… Bo może się okazać, że jeśli uczciwie, z miejsca swojej prawdy poprosisz o pieniądze, bo brakuje ci na życie dostaniesz więcej niż oczekujesz bez konieczności stawania pod latarnią.