Presja i zniecierpliwienie oddala nas od tego, co pojawia się w potencjale

Czy znacie energię “BARDZO”? Chcę, potrzebuję, kocham, staram się, zabiegam. Ta energia często przemawia do nas słowami: “Tak bardzo się starałam, wszystko oddałam, zrezygnowałam z tego, co dla mnie ważne”

Albo “Tak bardzo chcę być właśnie z nim” “Tak bardzo mi zależy, żeby zdobyć to, czy tamto” “Tyle zainwestowałam w to przedsięwzięcie a nic z tego nie wyszło”

Bardzo” idzie w parze z „szybko. Tak bardzo chcemy, że musimy to mieć natychmiast!

Samo doświadczanie życia to dla nas za mało, chcemy być właścicielami, kontrolować i pociągać za sznurki.

Ta energia jest jak miotacz ognia pod ciśnieniem. Idzie po trupach. Co zabijamy? Przede wszystkim moc kreacji połączeniu z siłą wyższą, ze światłem, z ludźmi którzy pojawiają się jako nasi nauczyciele. Ach …znam i nie polecam.

Bywałam w niej, kiedy fiksowałam się na coś lub na kogoś. I w to chcenie szła cała moja energia. Nie mówię tutaj o stawianiu sobie celów, planowaniu tylko skupianiu całej uwagi na wymyślone przez siebie rozwiązania.

Mocne chcenie jest jak pieczenie ciasta z trudno dostępnych składników, po które jedziesz na drugi koniec miasta. Ba! Czasem nawet świata. A i tak na finiszu okazuje się, że sklep jest zamknięty. Dlaczego?

Bo energia presji, chcenia, zniecierpliwienia niszczy wszystko, co pojawia się w potencjale. Nie zostawia przestrzeni, oddala nas od obiektu naszego chcenia. Oddala nas od czucia, zamyka nam oczy i uszy. Zamyka nas w chceniu, nie otwiera zaś na tworzenie w zespoleniu z potencjałem.

Niesie nas przez chwilę w szaleńczej ekstazie mani, by potem zmyć nam z oczu cały ten lepki lukier.

Co wtedy możemy zobaczyć? Wyłaniającą się prawdę. Prawdę, która kiełkuje, rodzi się i przechodzi przez kolejne fazy. Możemy podążać za nią krok po kroku, w prowadzeniu, płynięciu, bez oczekiwania natychmiastowego zobaczenia jej w całości.

 

Jak by to było upiec ciasto z zaufaniem, że będzie dla nas najlepsze …na tę chwilę?

 

Piekłam kiedyś takie ciasto, będąc w związkach. Pichciłam, pisałam scenariusze, projektowałam. Wydawało mi się, że to z miłości. Wiecie takiej jedynej i niepowtarzalnej. Kiedy ktoś mnie nazywa miłością swojego życia, to zastanawiam się, czy aby nie projektuje na mnie swoich oczekiwań. Bycia tak bardzo i tą bardzo. A ja wybieram być sobą, w wolności i zwyczajnie prawdziwą. Bez lukru. Cała ta iluzja wielkich, oszałamiających doznań pozostawia nas w rzeczywistości, w której usiłujemy poruszać się w świecie nadmuchanych projekcji. Możemy tam być, rezygnując z bycia sobą, pompując i goniąc ideały, które w efekcie oddzielają nas od siebie. Bo nie jesteśmy wtedy ze sobą, tak naprawdę, blisko.

Czasem można zabić różę, w której się zakochujemy. Zalać ją nadmiarem nie pozwalając oddychać. Podcinać jej gałąź i liście, zamęczyć jej płatki. Aż w końcu róża nie ma czym oddychać i umiera. Podobnie jest z relacjami, które tworzymy.

„Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Kiedy do Ciebie wróci, jest Twoje. Jeśli nie, nigdy Twoje nie było.

Mniejsza z tym, czy było, czy nie było twoje. Bo prawdą jest, że nie można nikogo posiąść. Aby żyć pozwalając sobie na uczucia. Nie zapuszczać korzeni w ludziach, ale nosić w sercu uczucia do nich. Jesteśmy tu po to, aby kochać, a nie stawiać stempelki z napisem “moje”.

Możesz mieć, cokolwiek wybierzesz. Ale nie możesz mieć wszystkiego, czego chcesz. Tak dla ścisłości, to nie dostaniesz niczego, jeśli chcesz tego mocno. Chodzi o różnicę pomiędzy presją a zaufaniem.

„Z chwilą, gdy wypowiesz słowa “Ja chce” (czegokolwiek), wszechświat odpowiada “Zaiste chcesz” i zsyła dokładnie to doświadczenie – doświadczenie “chcenia” tego!”

Cokolwiek umieścisz po “Ja”, staje się stwórczym nakazem. Wyjaśnij mi więc raz jeszcze – dlaczego tyle czasu zabiera mi stworzenie rzeczywistości, którą wybieram?

Składa się na to wiele przyczyn. Nie wierzysz, że to, co wybierasz, się spełni. Nie wiesz, co wybrać. Próbujesz ustalić, co dla ciebie ,,najlepsze”. Chciałbyś gwarancji z góry na to, że twój wybór okaże się “słuszny”. A do tego wciąż zmieniasz zdanie!“ Najlepsze” to pojęcie względne i zależy od setki zmiennych.

Trwonisz czas główkując nad scenariuszami.” (Neal Walsch)

Ostatnio sporo medytuję nad tematem obfitości i przychodzi ona do mnie bez wysiłku, lekko, niby „przypadkiem”. Zamyka się, kiedy wchodzą scenariusze, strach że zabraknie, pośpiech.

Wszystko czegokolwiek potrzebujesz, należy wyrazić, wrzucając zamówienie do kosmicznego komputera nieograniczonych możliwości. Wypowiadając swoją intencję i siejąc nasiona w pole wszystkich możliwości.

„Składam swoją intencję w rozległym oceanie wszystkich możliwości i pozwalam wszechświatowi działać przez mnie.”

Tworzenie scenariuszy, kontrola blokuje przepływ energii między nami a życiem. Przestajemy uczestniczyć w wymianie, połączeniu. Chcemy dominować. A obfitość rodzi się w zaufaniu, odpuszczeniu i połączeniu ze Źródłem.

Dorota Pawelec – terapeutka pracy z ciałem