Pustelnik. „A imię jej brzmiało Heroina”

Był niegdyś taki czas, kiedy byłam bardzo młoda 😉 Miałam jakieś dwadzieścia trzy lata, gdy udałam się do tarocistki. Tak, to taka Pani, która stawia karty. Szczęśliwie trafiłam na osobę niezwykle uczciwą w tym co robiła. Słuchała uważnie, gdy mówiłam o swoim życiu, o tym, z czym próbuję się mierzyć i z jakim skutkiem. Potraktowała mnie niezmiernie poważnie, bardzo się mną zaopiekowała.

Pamiętam jednak, że byłam rozczarowana tym, że ona chciała mi faktycznie pomóc. Sugerowała mi terapię i rozpoczęcie procesu uzdrawiania siebie i swojego życia, które w tamtym czasie było przesycone chaosem, toksycznymi ludźmi i obsesyjnym poszukiwaniem miłości.

Mogę jedynie przypuszczać, że wynikało to z tego, że prawdopodobnie nie byłam jeszcze na to gotowa. To było dla mnie zbyt wiele. Potrzebowałam wówczas chwilowego pocieszenia.

Wtedy, pomimo swojego bardzo młodego wieku borykałam się z problemami, którymi mogłabym solidnie obdzielić kilka osób. Moje życie nie było co prawda pasmem nieszczęść i setkami dramatów, ale będąc w tak młodym wieku musiałam „szarpać” się z życiem i sprawami, na które mało kto jest gotów w tak młodym wieku. Widocznie potrzebowałam tego, aby pewnych rzeczy się nauczyć i musiało wydarzyć się aż tyle, abym mogła zobaczyć więcej. Teraz dopiero to widzę, ale wówczas nie rozumiałam, dlaczego moje życie toczy się w taki sposób.

Nie chciałam tego. Pragnęłam po prostu, aby moje życie wyglądało tak, jak innych moich rówieśników. Nie było na to mojej zgody i nie potrafiłam tego zaakceptować. Czułam się oszukana, bo podczas, gdy inni toczyli normalne, wyważone problemami życie – moje waliło się gruzy już na starcie. Byłam rozgoryczona, ale nie potrafiłam, przyjąć pomocy. Przedstawiła mi to wszystko jako proces, a mnie przeraziło to, że tak długo będę musiała z tego wychodzić. Nie chciałam z niczego wychodzić – chciałam z tego „wyskoczyć”. Bałam się zostać z tym sam na sam, a to właśnie daje Pustelnik . Daje czas, zsyła okoliczności, daje miejsce w przestrzeni, aby z pewnymi rzeczami pozostać w ciemnościach. W tychże ciemnościach możemy zobaczyć pojedyncze twarze, zdarzenia, miejsca, uczucia i na koniec siebie samego. Oto Pustelnik.

Czytałam wiele razy o tym, jak kochać siebie, jak dbać o siebie i co należy powtarzać sobie jako mantrę i mogę wyjaśnić dlaczego nie lubię tekstów motywacyjnych i wyrwanych z kontekstu, tanich pocieszeń. Nie lubię bełkotu, a te słowa, które często padają odbierają innym przestrzeń na to, aby realnie móc to zrobić po swojemu. Aby móc to zrobić zgodnie z tym, co czujemy i jak czujemy, bo nie ma uniwersalnych uczuć. Nikt z nas nie odczuwa w taki sam sposób.

Przed świtem noc jest najciemniejsza

Nie istniał taki moment, w którym obiecałam sobie, że będę „taka”. Nie było „nowe jutro – nowa ja”. Nie stałam niczym Scarlett O’Hara mówiąca: „as God as my witness” i nie obiecywałam sobie, że już nigdy nie zrobię tak, czy inaczej. Ten moment przyszedł niepostrzeżenie. Wszedł niezauważenie jak prawdziwe, ciche katharsis. Czułam się, jakby skończyła się wojna, a pył całkiem opadł na ziemię. Jak gdybym dostała informację, że wojska się wycofały i idzie wolność. Kiedy to się już stało dostrzegłam, że nawet nie wiem kiedy – stałam się zupełnie inną osobą, jednak nie wiedziałam, jak mam na imię. Ono jeszcze wtedy nie przyszło.

Któregoś dnia, w luźnej i żartobliwej rozmowie, pół żartem, pół serio przedstawiłam się jako Heroina. Nie wiem, skąd przyszło to imię zwłaszcza, że narkotyki były mi zupełnie niepotrzebne. Dlaczego więc je wybrałam? Bo było zupełnie nowe, jako imię. Niczym obciążone, nie niosące za sobą dla żadnej osobistej historii dla mnie. Kojarzyło mi się nie uzależnieniem, ani żadną, pozorną wolnością, ale z czymś, czego nikt nie rozumie, nie rozumie mechanizmów, ale jednocześnie tym samym jest, w jakiś sposób przedmiotem pożądania dla tych, którzy nie mogąc się odnaleźć wpadają w narkotyki. Oczywiście Heroina to żadne imię, ale na drugi dzień, kiedy o tym pomyślałam, uśmiechnęłam się sama do siebie. Pomyślałam „No nieźle, Pola”.

Mam na imię Aneta

Tak formalnie. Ale nigdy, nawet przez chwile nie czułam się nią. To nigdy nie było moim imieniem. Może to brzmieć zabawnie i wydać się dziwne, ale nigdy nie odczuwałam żadnej łączności z nim. Kiedy ktoś zwracał się do mnie w ten sposób czułam, jakbym żyła cudzym życiem. Od dawna więc wymyślam sobie różne imiona. Kiedyś, będąc na obozie harcerskim wymyślono mi pseudonim. Był bardzo miły i bardzo ładny. To było imię jednej z bardzo popularnych aktorek, ale kiedy wróciłam do domu, do tego swojego życia. Było mi strasznie przykro. Czułam się, jakbym zezwalając na zwracanie się do mnie w ten sposób zawiodła swoich rodziców, którzy to imię mi nadali. I pomimo, że słysząc imię Aneta czułam się jakby ktoś wywoływał mnie do tablicy, albo zrobiłam coś złego, to i tak miałam poczucie winy, że zdradziłam ich – Matkę i Ojca. Jakbym oddała innym swoje imię. Długo się z tym borykałam. Ale wówczas nie wiedziałam, że to właśnie był lęk. Nie było lękiem posiadanie nowego imienia. Lękiem było zrobienie czegoś innego, wbrew temu, co wymyślili dla mnie inni. Jedna z tarocistek, której czytania bardzo lubię opowiedziała ostatnio piękna historię o Orle, który przyszedł na świat w kurniku. Wychowywał się więc jak kurczak. Gdy spoglądał w niebo na inne Orły zataczające koła na niebie, inne kurczaki wołały: „Nie patrz tam, patrz tu. Jesteś kurą. Zostań tu z nami, tu mamy swój kurnik, swoje siano. Mamy swoje małe ekstazy i małe radości, ale one są dobre dla Ciebie”. Bardzo często to nasi bliscy, rodzina i przyjaciele staja się naszymi profanami. Okłamują nas, ale nie w złej wierze. Chcą po prostu nas zatrzymać w miejscu, którego sami nie chcą opuszczać. Pragną nas więc zostawić przy sobie. Ich potrzeba doznawania, przezywania, wielkość ich ekstazy i radości często nie jest tak duża jak nasza.

Sprawdziłam, czy istnieje takie imię, jak Heroina. Okazało się, że oznacza ona to samo, co „bohaterka”. W konsekwencji różnych analogii i przekształceń imię to pochodzi od imienia Iraida. Z kolei Aida, to imię, które nadałam bohaterce swojej książki – dziewczynie, która chciała żyć zgodnie z tym, co czuła. Nie wiem, czy to jest mojej imię, bo w tej kwestii nadal trzymam swoją intuicję pod wodą. Jeżeli w którymś momencie poczuję się, że mam imię, to wówczas je uznam. Póki co, bycie bezimienną pozwala mi na bycie szczęśliwie niewidzialną. Dzięki temu mogę zobaczyć więcej. Wielu agentów policyjnych, czy wywiadowczych wciela się w role szarych, niezauważalnych ludzi, często nawet bezdomnych. Dlaczego? Bo z ich zdaniem się nikt nie liczy, dlatego niechcący pokazują im wszystko. Ludzie nie biorą ich pod uwagę. Często liczą się jedynie ze swoimi profanami, którym chcą się przypodobać i nadal tkwią w kurnikach. Nie będą więc słuchać kogoś, kto nic nie znaczy w ich świecie. Nawet, gdyby zdecydowali się posłuchać, to zapewne i tak uznaliby, że najedzony nie zrozumie głodnego, albo głodny najedzonego.

I nawet kiedy będę sam, nie zmienię się, to nie mój świat”

Można znieść wiele zwrotów akcji, dramatycznych wydarzeń, i nowych początków, ale jest coś, co można przyrównać do żałoby, ale takiej, gdy jedyne, czego nam trzeba to odnaleźć własny głos. Odnaleźć siebie. Przychodzą bowiem takie chwile, kiedy jedyne, co mamy to siebie. Brzmi samotnie i mrocznie, bywa, że to czas największego smutku. I skoro lekarz bada dno oka, to Pustelnik bada dno duszy.

„Idź do lasu i przytul drzewo”, „dowiedz się, kim jesteś bez tego wszystkiego – Ty jako Ty”. Znajome rady? Tak, tak działa pustelnik – wciąga nas do lasu i nakazuje w ciemnościach znaleźć drogę. Brzmi to enigmatycznie, jak wszystko co jest kwestią duchową, ale zrozum – inaczej się nie da. Nie ma uniwersalnego algorytmu aby odnaleźć z nim drogę do spełnienia. Można więc robię testy Galloup’a, próbować odczytać przyszłość i zaglądać w szklaną kulę. Cała prawda jest jednak nadal tylko w Tobie.

To jest o Tobie. To Twoja piosenka

To, co najtrudniejsze zawiera się w słowie „samotność”. Bolesna, dramatycznie cicha i skąpiąca nadziei samotność. Odczuwanie jej to często efekt naszych oczekiwań, że zawsze ktoś będzie obok nas. I to nie o samą obecność chodzi. Najtrudniejsza samotność to ta w tłumie.

Kiedy przychodzi energia Pustelnika? Kiedy chcesz opowiedzieć o tym, co czujesz, przeglądasz swoją książkę telefoniczną i dochodzisz do szybkiego wniosku, że nie masz komu. Wcześniej już były próby rozmowy z innymi, nie udało się jednak nikogo zainteresować. Bycie w tej energii to zaszczyt i szansa. Z zaszczytami jednak jak z szansami – można z nich skorzystać i można nie korzystać. Samotność to pozornie wątpliwe wyróżnienie, ale szykuje ono grunt do ciszy. Ciszy, w której możesz już usłyszeć tylko siebie.

Znam wielu ludzi, którzy robią wszystko, aby zawsze mieć kogoś obok siebie. Są gotowi stawać na rzęsach, aby być niezastąpionymi przyjaciółmi, braćmi i siostrami, pracownikami, partnerami. Wychodzą przed szereg proponując rozwiązania zanim ktokolwiek zakomunikuje potrzebę. Lubimy dawać. To pozornie dobra cecha, jednak, gdy się zastanowić ma ona wiele z egoizmu. Dlaczego? Bo skoro lubisz dawać innym, to czemu nie pozwalasz dawać sobie? Powiesz być może, że to nie prawda, bo potrafisz wziąć tylko, że nikt nie chce dać.

Jakiś czas temu rozmawiałam z wyjątkowo energiczną istotką. Taki promień słońca, który nigdy nie gaśnie. Ona, bo była kobietą, opowiadała o tym, jak trudno jej pozostać w relacji, w której nic nie wiadomo. Borykała się, jak mu powiedzieć, że coś do niego czuje, albo, że nie wie, co czuje, ale coś czuje. Zastanawiała się, jak on to przyjmie. Wydawało się jakby miała obmyślone wszystkie warianty wynikające ze skutków owego rozwiązania. Zapytałam jej, co by zrobiła, gdyby w tym czasie, kiedy ona zastanawia się, jak mu to zakomunikować, on po prostu podszedł do niej i opowiedział jej o swoich uczuciach. Westchnęła głęboko przyznając, że poczuła lęk. Chciała być może zapełnić tę przestrzeń, włożyć w to całe swoje serce. Było w tym coś romantycznego, rycerskiego i uroczego. Zapełniła jednak tę przestrzeń swoją energią i jednocześnie nie pozwoliła aby przyszło do niej to, co być może on chciał jej dać.

Ciągle tylko dajesz i dajesz”

Tak mówi Michele Pfeiffer do Jennifer Lawrence w filmie „Mother!” Nie ma w nich szacunku dla tej drobnej istoty, która za wszelką cenę chciała stworzyć idealne gniazdo dla siebie i swojego partnera. Chcąc nieskończenie dawać zapełniła całą przestrzeń do tego stopnia, że wszystko jej się wymknęło spod kontroli. Matka, bo tak reżyser nazwał Jennifer Lawrence w filmie, w tytule występuje z wykrzyknikiem na końcu. Jako ktoś, kogo się woła na koniec, jako ktoś, kto chce być wszystkim i jako ktoś, kto osacza dobrocią. „Dając i dając” wpadasz więc w schemat, z którego wyjściem jest często tylko przysłowiowy skok z okna z tarotowej wieży.

 

 

Po upadku jest szok. Wstać po nim jest niezmiernie ciężko. Trudno też odzyskać głos. Ten zewnętrzny. Ten zaś, który jest w Tobie nagle brzmi wiarygodnie. Intuicja zaczyna pracować jak dobrze nasmarowany zegar. W pokoju, w którym dotąd byłaś w ciemności nagle zaczynasz dostrzegać kontury i kształty.

Zawsze wszystko jest elementem jakiegoś wyboru. Wybierasz, czy wychodzisz z pokoju tylnymi drzwiami i wracasz do bezpiecznej przystani, czy zechcesz tkwić w tej ciemności dotąd aż poczujesz się w pełni sił, aby świadomie ruszyć przed siebie poszukując prawdziwego wyjścia.

Możesz zostać, gdzie jesteś, to Twój wybór i wolna wola, która jest niezbywalna.

Zawsze, gdy wyczuwam u kogoś energię pustelnika – część mnie się raduje, a część płacze. Wiem bowiem, że ten ktoś zmierza w dobrą stronę, w stronę światła. Jednak niełatwo mi uświadomić komuś, że należy ufać i nie bać się. To jest chyba najtrudniejsze. Wiem, jak trudny czas przed tą osobą i wiem, jak wiele razy przeklnie jeszcze imię Boga, swój los i wbije w siebie wszystkie dziesięć mieczy zanim się od tego odetnie.

Bycie Pustelnikiem, częściowa alienacja i obserwacja w ciszy to niezmiernie ważny czas. To jeszcze nie koniec, to grunt przed możliwością zmiany perspektywy i szansa, aby w najbliższym czasie zakręcić Kołem Fortuny. Bo energia szans i zmiany zbliża się wielkimi krokami. Możesz nie chcieć zakręcić kołem, ale możesz też szarpnąć nim z całą energią i ufnością. Wybór, jak zawsze, należy do Ciebie.

 

Pola Jezierska – „Pisze się, aby utrzymać ranę otwartą”
Tomasz Mann

Piszę, aby rany posypać słowami. Niech sączy się z nich tak długo się, aż zabraknie słów.

Poznanie pomnaża cierpienie”, ale chęć poznania jest większa od strachu.
Piszę aby zrozumieć – nie po to aby tłumaczyć.

Widzę, słyszę, czuję, myślę i na przemian boję się, aby znów być odważną.

Piszę, bajam i rozmyślam.

Melomanka, marzycielka, poszukiwaczka i stara dusza.

Nie polonistka, nie filolog, nie filozof.

Znowu naprzemiennie: Posiadaczka niespożytej energii miłości do ludzi i Wszechświata, aby zaraz potem wszystkiego nie znosić i złorzeczyć.

Dwubiegunowa. Wzrost: średni.

Wiek: słuszny

Oczy: szaro-niebiesko-zielone
Usposobienie: brak

Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on LinkedInShare on Google+