Zła reputacja – o seksualności kobiet

W szkole nazywano mnie “cicha”. To przykre nie mieć imienia, tylko znienawidzony pseudonim, który uosabia najbardziej wstydliwą cechę. Miesiąc temu spotkałam kolegę z podstawówki, powiedział mi, że byłam jedyną osobą, której w ogóle nie pamięta.

“Kim ty w ogóle jesteś? Nie poznaję cię”. Patrzył na mnie, jak na zjawisko pozaziemskie, ale z zachwytem.

Wstydziłam się być dziewczynką, dlatego chłopcy mnie nie zauważali. Byłam skromna do granic skromności. Szara, smutna, nijaka. Ubrana w za duże, workowate bluzy, szerokie spodnie. Sukienki szyła zawsze krawcowa z poleceniem “oby najmniej rzucała się w oczy”. Jestem pewna, że już w dzieciństwie można zachorować na depresję, być w permanentnym smutku, nie widzieć nadziei. W marzeniach byłam zawsze kolorową, piękną dziewczynką. Miałam prześliczną cerę barwy herbaty z mlekiem, różane policzki, kokardy we włosach. W rzeczywistości musiałam być “przyzwoitą, pobożną, porządną chrześcijanką”. Nawet jako dziecko. Nie mogłam być ładna.

W moim domu wyznawano pewne poglądy. Kobiety, które ostentacyjnie nosiły szpilki, seksowne sukienki, kręcąc przy tym biodrami, miały złą reputację. Te, które lubiły seks, były wcieleniem najczarniejszego zła.

Mój ojciec miał do kobiet ocean pogardy. Minęło tyle czasu, a ja wciąż pamiętam bardzo wyraźnie wulgarne komentarze na temat mojej kobiecości. Byłam niewinną i naiwną dziewczyną, która się zakochiwała, oczekiwała szacunku, delikatności, tymczasem najważniejszy mężczyzna w moim życiu – mój ojciec – okazywał mi pogardę. Połykałam tak wiele słów, którymi chciałam się bronić wobec tych wszystkich wyzwisk. Z czasem przestałam mówić cokolwiek do kogokolwiek. Kiedy wychodziłam do ludzi, na przykład w szkole, czułam zatrzymujący się w gardle płacz. Tak naprawdę byłam tam obecna tylko ciałem. Kiedy w słoneczne popołudnia po szkole chodziłam do parku, wskakiwałam na rower i pędziłam przed siebie niczym demon, spychając z alejek zakochane pary, strasząc dzieci i zmuszając psy do ucieczki. Krzyczałam wtedy albo płakałam, połykając muchy wpadające mi do gardła. Byłam wtedy dziewczynką, która chciała żyć, pomimo tego, że wraca do znienawidzonego domu.

Kiedy weszłam w wiek nastoletni, moja uroda wystrzeliła i zakwitła. Ładna buzia, kobiece kształty, długie kręcone włosy. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam co z tym począć. Moje koleżanki były zalotne, uwodzicielskie, a ja czułam się jakby ktoś dokleił mi ciało, o które wcale nie prosiłam.

Wzgardzona przez ojca cecha wyszła teraz na pierwszy plan. “Ale jesteś seksowna” – to był pierwszy komplement, jaki usłyszałam od chłopaka, który chciał się ze mną umówić. Rozpłakałam się i uciekłam uznając, że skoro mężczyźni patrzą na mnie, jak na chodzący seks, to nic tu po mnie. Oczywiście, że chłopcy wyrażali mi swoje zainteresowanie w bardzo mało wysublimowany sposób. Oczywiście, że to mnie zamykało i przypominało o raniących słowach ojca.

Kobieta, która okazywała mężczyźnie, że się jej podoba, nazywana była ladacznicą. Skoro ja zawsze wzbudzałam podziw jako ta seksowna, nigdy nie okazywałam zainteresowania mężczyznom. Wychowałam się na bajkach, w których bohaterki funkcjonowały w romantycznych relacjach jako “nieaktywne”. Mężczyzna musiał dokonać czegoś niezwykłego, aby zdobyć taką kobietę. Byłam przekonana, że tylko z mężczyzną u boku mogę być szczęśliwa i pełna. Dzisiejsze bajki dla dzieci mówią wyraźnie o bohaterkach, które same decydują o sobie, dowodzą, bronią swoich bliskich. Ich celem nie jest szukanie księcia, tylko szukanie siebie. Mają własne marzenia i plany.

Wyszłam za mąż za najbardziej spektakularnego mężczyznę, jakiego spotkałam. Był przystojny, prowadził własną firmę mimo młodego wieku, obsypywał mnie kwiatami, robił niespodzianki, romantyczne akcje typu wyznanie miłości i oświadczyny w radiu. Lubiłam moje życie, jak przyjemny obrazek, czułam się w nim jednak nieobecna.

Odbicie w lustrze było mylące. Ukazywało młodziutką, zgrabną dziewczynę o gęstych, czarnych, kręconych włosach, wydatnych ustach i wyraźnych brwiach. Dziewczyna grała jakąś rolę, była smutna i niepewna. Chciała uciec, ale nie miała gdzie. Wiedziała, co robić, aby wszyscy się nią zachwycali. Dobrze się uczyła, słuchała nauczycieli, potem narzeczonego, jej wzorowe zachowanie wzbudzało komentarze, takie jak: “Och, panie Krzysiu na pewno się pan cieszy mając taką kobietę u swojego boku”, “Cóż za porządna, młoda dama”. Przyglądałam się swojemu odbiciu “zaiste doskonałej damy” zaciskając ręce i wargi.

Kiedy byłam całkiem sama, robiłam się na bóstwo przed lustrem. Zakładałam koronkowe majtki, dopasowane sukienki, otwierałam szufladę z bielizną. Wyciągałam kolorowe pomadki, nakładając na usta choć odrobinę koloru. Uwielbiałam pozować, bez końca przeglądając się w lustrze, ale nie potrafiłam być taka w życiu. Barwna, odważna, dzika.

Jak się zapewne domyślacie, moje małżeństwo rozczarowało mnie okrutnie. Nie wiedziałam nic o relacjach, szukałam ojca, który by mnie pokochał, ale nie potrafiłam być z mężczyzną.

Dopóki byłam pocieszną maskotką, wszystko było dobrze. Kiedy urodził się mój synek, zaczęłam widzieć pewne rzeczy takimi, jakie są i o tym mówić. Wszystkie tamy puściły. To, co blokowałam w sobie tyle lat, rozlało się. Byłam samotna. Mój mąż zmienił się jak za dotknięciem demonicznej różyczki. W jego oczach i słowach byłam coraz bardziej głupia, nieudolna, brzydka. Chociaż zawsze dostawałam wiele komplementów od mężczyzn, to ja naprawdę wierzyłam, że jestem głupia i brzydka. Pierwsza myśl kogoś, kto tkwi w roli ofiary słysząc takie słowa, to nie “Mam dość! Nie będziesz mnie obrażał”, tylko “Co mogę zrobić, aby stać się lepsza, aby go zadowolić?”. Starałam się bardzo długo. Pamiętam moją pierwszą wizytę u terapeuty, kiedy usłyszałam: “Pani mąż ma zaburzenia osobowości. Będzie coraz gorzej”. Dostałam wiele takich kubłów zimnej wody zanim zdecydowałam się odejść. Dlaczego czekałam tak długo? Powodów było wiele. Bałam się, nie wierzyłam w siebie, moje dziecko żyłoby w niepełnej rodzinie.

Zauważyłam, że my kobiety mamy to wyryte w naszym DNA: “Jestem niewystarczająco dobrą matką, pracowniczką, kochanką, człowiekiem”.

Po wielu latach terapii, już po moim rozwodzie, dotarłam do punktu, kiedy zapragnęłam znowu spotykać się z mężczyznami. Chciałam tego, jednocześnie się bałam.

Nieraz słyszałam od koleżanek: “Załóż sobie Tindera, umów się, chociaż na seks”. Było to dla mnie czystą abstrakcją. Morze moich kompleksów, co ja mówię – ocean kompleksów, nie zachęca do “umówienia się na seks” z obcym mężczyzną. Jeśli kobieta chodzi po tym świecie z brakiem pewności seksualnej, to zawsze sprowadza się to do braku pewności siebie w całości. Teraz już wiem, że aby odnaleźć się z mężczyzną w łóżku, poczuć swobodnie, wolno, dobrze, trzeba się czuć z nim bezpiecznie. Kiedy kobieta nie jest pewna siebie, nie mówi czego chce, wstydzi się, krępuje.

Zafundowałam sobie jednak 100 randek z Tindera. Czułam, że można się terapeutyzować latami, ale nic z tego nie wyniknie, jeśli nie wyjdziesz do życia. Możesz tulić swoje rany z dzieciństwa w zaciszu domowym, zawinięta w kokon bezpieczeństwa, w miękkim kocu, ale dopóki nie spotkasz się z drugim człowiekiem, a on nie dotknie tego, co cię boli najbardziej, nigdy się nie uleczysz.

Początkowo nie chciałam być w związku. Chciałam zasmakować wolności w relacji z mężczyzną. Poznałam więc różne konfiguracje tej wolności: od poliamorii po związki otwarte. Odkąd pamiętam byłam podległa, podporządkowana, wierna w służalczy sposób. Dziś stwierdzam, że kobiety dojrzałe są w najlepszej seksualnej sytuacji. Ja z czasem przestałam dbać o stawiane mi, wygórowane oczekiwania. Pogodziłam się, że nie muszę być “jakaś”, złapałam dystans. Nie znałam seksu, w którym kobieta wyraża to, czego pragnie. Zaczęłam więc podglądać życie erotyczne kobiet w serialach i filmach. Pozwoliły mi dostrzec pewien wymiar relacji, na który wcześniej nie zwracałam uwagi. Znaleźć się na innej planecie, niż ta przedstawiona mi przez rodziców. Bohaterki “Seksu w wielkim mieście” same wybierały i podrywały mężczyzn. Miały młodszych partnerów. Sofie, mężatka z “Miłości i anarchii” bawi się świetnie z 20-latkiem i masturbuje się w toalecie w pracy. Bohaterka z “Sex education” szuka kochanków na jedną noc.

 

Kobiety szukają rozkoszy na własnych warunkach, same wybierają 

 

Kiedy znów zaczęłam się spotykać z mężczyznami, zobaczyłam jak mocno w przeszłości przekraczałam swoje granice w łóżku. Mężczyźni stale mnie o coś prosili w bardzo nachalny sposób. Nauczyłam się więc odmawiać. Kiedy znalazłam wreszcie partnera, przy którym poczułam się bezpiecznie, moje libido znacznie się wzmocniło.

Odkryłam, że potrzeba relacji i bliskości jest we mnie bardzo silna. Zbudowałam pewność siebie. Ona zawsze się tworzy w relacji z kimś. Coś na zasadzie: “Ty jesteś inną wersją mnie samej”. Wyrzucałam po kolei wszystkie standardy wychowywania dziewcząt w Europie Środkowej. Znacie je na pewno: “Musisz się szanować, bo jak będziesz się puszczać, to nikt cię nie zechce”, “Nie pokazuj ciała, bo pomyślą, że prowokujesz, nie maluj się pomadką”. Nikt ci nie mówi tego, czego potrzebujesz, że seks jest radością, że masz się czuć boginią w seksie, że masz być wyzwolona, że możesz epatować swoją seksualnością i mieć w życiu wiele dobrej zabawy. Ja pozwoliłam sobie być na pierwszym miejscu i nie zamierzam go oddawać. Oczywiście, że doświadczyłam po drodze wielu rozstań. Traciłam mężczyzn, którzy nie byli na mnie gotowi, nie pasowali do życia na moich własnych zasadach. Czułam się wtedy, jakbym traciła paznokieć, jakby ktoś wyszarpywał mi część mojego ciała. Żyje chciało jednak we mnie płynąć, bo ciało odrastało i było coraz piękniejsze.

Dziękuję mojej klientce Sylwii, za podzielenie się swoją historią.
Dorota Pawelec