Winna czy wolna? Kiedy ktoś jest w pierwszej kolejności względem moich własnych potrzeb 

Winna czuję się wtedy, kiedy staję do cudzych oczekiwań, umniejszając swoje własne. Analizując  powinności, które wciąż odbierają mi siebie. Że jestem nie taka jak to sobie ktoś wymyślił, pasująca do ciasnego pudełeczka. W poczucie winy wchodzę, kiedy ktoś jest w pierwszej kolejności względem moich własnych potrzeb. 

Kiedy czuję się winna, uświadamiam sobie, jak bardzo pragnę być wolna. Jak mocno tęsknię za swobodą dziecka, które biega po trawie w niewinnej zachłanności doświadczania wszystkiego. Totalnego zachwytu każdą nowo napotkaną istotą, płaczu na cały regulator jak syrena strażacka, zadawania głupich pytań, ciągłego pragnienia zabawy, mówienia ludziom prawdy, bez analizowania czy komuś zrobi się przykro czy nie.

Poczucie winy mówi mi, że w jakiejś sytuacji zadziałałam wbrew własnej prawdzie.

Z poczuciem winy jest tak –  podważamy to, co ktoś nam narzuca –  system, społeczeństwo, rodzina, pojedyncze osoby, bo ogranicza to naszą niepodległość. Tymczasem sami wybieramy te restrykcje, ściskając w środku swoje wewnętrzne dziecko, które najbardziej na świecie chciałoby być wolne. 

Kiedy czuję się wolna, nie boję się niczego zewnętrznego. Moja potrzeba dzikości wypełnia mnie w całości. Jestem sobą z całym swoim człowieczeństwem, nie tylko z tym co błyszczy. 

Kiedy wierzysz w swoją prawdę bez poczucia winy, nikt już jej nie podważa. Spójność daje  moc manifestacji tego, w co wierzysz. A jeśli nawet staniesz w ogniu oskarżeń, czy krytyki to już cię to nie dotyka.

Miewam poczucie winy i  patrzę wtedy, w jakim miejscu przekroczyłam własne granice, jakie swoje wartości złamałam.

 Zadaniem poczucia winy było pokazać mi moją ranę i to miejsce, w którym kiedyś samą siebie odrzuciłam.

 

 

Dobrze widoczny jest ten mechanizm w serialu”The Sinner” , który jest adaptacją bestsellerowej powieści Petry Hammesfahr o tym samym tytule. W serialu poruszane są kwestie zniewolenia systemem religijnym, społecznym, światopoglądowym. Głowna bohaterka Cora żyje od dziecka w sklejeniu z oczekiwaniem całej rodziny. Rezygnuje z siebie po całości. Kiedy nieśmiało wyciąga rękę w stronę własnych potrzeb zalewa ją fala poczucia winy. Tłumiąc swoją naturę, dopuszcza się morderstwa. Jej agresja wybucha w sposób niekontrolowany. Jakby to, co tłumione tyle czasu nie miało już gdzie się podziać. Żyje, nie wiedząc kim jest. Ma nudną pracę, męża, z którym kocha się, nie zdejmując bluzki.

Dostaje więc wyrok – „Winna”. Sama zresztą się z nim zgadza. Przez cały serial pojawia się pytanie: „Winna, czy niewinna?” Czy mamy prawo sądzić kogoś w tych kategoriach? Jeśli mnie sądzisz, stań się mną, przeżyj moje życie i dopiero wtedy powiedz, jaka jest prawda.

Dla wszystkich sprawa wydaje się być oczywista, bo Cora przyznaje się do winy, a policja ma zeznania świadków. Jednak coś nie daje spokoju detektywowi, który ma przekazać sprawę do prokuratury. Detektyw Harry Ambrose (Bill Pullman) postanawia rozpocząć własne śledztwo, aby dowiedzieć się, czemu Cora zabiła niewinnego człowieka.

Ktoś kto żyje z poczuciem winy nie potrafi kochać, ani przyjąć miłości. Jest przecież winny – niegodny. 

W tą grę zawsze grają dwie osoby – ten, co winą obarcza i ten, co winę przyjmuje. Następuje  taniec po tej samej osi zależności. Przyjmujący musi już mieć w sobie poczucie winy, wiarę w swoją „grzeszność” wynikającą z wcześniejszych doświadczeń, najczęściej z dzieciństwa. Obarczający ma natomiast poczucie bycia ofiarą, domagającą się zadość uczynienia.

 

fot. Robin-LaFevers

 

Obarczenie kogoś winą ma za zadanie wymuszenie uznania własnej krzywdy. Czasem wręcz zadania kary. Natomiast przyjmujący ma w sobie mocno zduszoną potrzebę doświadczenia kary. Tak naprawdę to sam karze siebie, wybierając ludzi, od których dostaje ocean pretensji. Skomplikowane co? 

Czasem taki człowiek żyje na pograniczu, wierząc we własne zło. Kiedy spotyka go coś pięknego, nie potrafi w to uwierzyć, zaprzepaszcza to.

Kiedy po raz pierwszy otworzyłam się na własną wolność, a raczej pozwoliłam sobie iść za nią, otworzyły się przede mną możliwości, o których nawet nie śniłam. Stan zakochania własnym życiem trwał aż do momentu, kiedy pojawiły się trudne okoliczności. Mówiące mi: „nie możesz być szczęśliwa, musisz się karać”,„czy ja naprawdę mogę?” „Czy będąc szczęśliwa, nikomu nie odbieram jego szczęścia?”. 

Przyjęło się na przykład, że matki stają się robotami zaspakajającymi potrzeby całej rodziny. Tymczasem dziecko traci własną tożsamość, moc samostanowienia, staje się sklejką projekcji matki. Bo skoro wszystko „poświęciła”, zrezygnowała, to osoba, dla której to zrobiła „winna” to zadośćuczynić. To gigantyczny ciężar.

Jako matka żyjąca tylko macierzyństwem, mogę popaść w pretensje. Następnie obarczyć winą dziecko, które nie szanuje ogromu mojego poświęcenia. Dziecko może stać się totalnie podporządkowane, bez własnego zdania, albo wierzyć we własne zło. Jako ktoś, kto jest niewystarczający, niegodny dobra.

I choć zazwyczaj obwiniany walczy z zarzutami, domaga się np. więcej wolności, zrozumienia i tak postępuje destrukcyjnie. Nie potrafi odkleić się od oczekiwań i być wolny. Niszczy siebie, swoją tożsamość.

Nasza kultura klęczących na kolanach z wypowiadanym: „moja wina!” nie ułatwia nam uzdrowienia tych historii. Kobiety za to, że są nie dość „czyste”, mężczyźni za to, że są nie dość twardzi, dzieci za to, że nie są grzecznymi kamieniami. Wiele naszych lęków, wstydów i win, wypływa z tego, że poważyliśmy się złamać te nakazy systemu. Kobiety obwiniają mężczyzn, mężczyźni kobiety. Błędne koło.

Jeśli jest ci to bliskie, co piszę, to wstań już z kolan. Poszukaj siebie z miłością. Tego co twoje, a co nie. Weź odpowiedzialność za własne życie. Tworzysz je każdego dnia. Rób to w zgodzie ze sobą. Wtedy nikt nie będzie winny. Przeżyj emocje zranienia, odpuść je, nie projektuj wciąż na innych. Spójrz na siebie na nowo i weź wszystko, czego pragniesz. Życie to ma…dla ciebie.