ŚWIAT

Zdziwisz się, jak wielu rzeczy można nie być świadomym. A przynajmniej ja dotąd nie byłam. Odkrywam w sobie kolejne uczucia, o których nie miałam dotąd pojęcia. Wydawało mi się, że są mi obce, że posiadają je inni, źli ludzie, a wszystko, co złe należy wyprzeć.

Czytałam wiele słów i sentencji doradczych: jak zrobić tak, aby być dla siebie dobrym. Starałam się je wdrożyć pomimo, że niejednokrotnie te porady wydawały mi się płytkie i banalne. Bo któż z nas nie ma odczucia, czytając takie słowa, że ktoś próbuje nas pouczać, albo wydaje mu się, że wie lepiej. Każdy ból, każde przeżycie jest sprawą indywidualną i będę się tego trzymała. Tak jest, niezależnie od tego, co na to powiedzą „oczytane faje”, „mądre głowy” i „ludzie znający się na temacie”. Ja swoje wiem. Ty swoje wiesz. Gdy ktoś mi próbuje wmówić, że wie o mnie więcej aniżeli ja sama, pojawia się ona.

Złość

Jestem z nią już na Ty, ale do niedawna mijałam ją bez słowa. Wydawało mi się, że się nie znamy. Zresztą, nie nalegałam na takie znajomości. Od dziecka miałam wmawiane, że to nie jest towarzystwo dla mnie. Wielu z nas kojarzy złość z agresją: słowną i nawet fizyczną. Ja również. Tylko tak ją od zawsze rozpoznawałam. Tylko wtedy, kiedy ktoś mówił mi, że jestem do niczego, nazywał mnie epitetami, albo gardził wzrokiem. Wówczas czułam się „jak w domu”, bo wiedziałam, czym to jest. To była złość. Od tamtego miejsca była prosta droga do obwiniania siebie. Że, oto ja doprowadziłam do tego, rozwścieczyłam kogoś, sprowokowałam.

Złość to uczucie, którego nie umiem spożytkować, przetrawić. Wieczne poczucie winy, że wszystkiemu winna jestem ja. Nawet, jeśli mnie krzywdzono – to ja byłam winna, bo byłam taka, a nie inna, bo miałam oczy ładne, albo brzydkie, bo byłam krzywa, albo prosta. Czułam złość, przez te wszystkie lata. Nie widziałam, że to „ona”. Nazywałam ją „poczuciem winy”, „dystansem do siebie”. Pozwalałam się obrażać, traktować jak powietrze, a ona się we mnie kłębiła, choć przecież się nie znałyśmy. Nie wolno było się przecież złościć. Złoszczące się dziewczynki to brzydkie dziewczynki. A złość to słabość.

Od złości do wzruszenia ramionami

O ile smutek i radość to jedno uczucie, a jasność i ciemność to przeciwne bieguny, to dla mnie drugą stroną złości jest obojętność. Nie umiem się obchodzić ze złością. Jeszcze nie potrafię powiedzieć: „złości mnie to”. Im większa złość, tym bardziej czuję obojętność, zaczynam mówić, że w zasadzie to mnie to nie obchodzi. Coś, co mnie zwyczajnie wkurzy bardzo szybko staje się dla mnie nieważne. Jakbym chciała to zutylizować. Powoli, lampa po lampie wygaszam się niczym huta szkła. Wszystkie uczucia: jedno po drugim.

Ale złość jest moją częścią, mieszka we mnie i staje się nowotworem mojej duszy. Wyżera pazernie każde piękno, które próbuje się wydostać. W mojej duszy włącza się alarm i inne uczucia zaczynają wariować – zwyczajnie świrują. Miłość staje się nienawiścią, nadzieja – beznadzieją. Rozpoczyna się auto odtwarzanie wszystkich schematów: złość – wyparcie- wygaszanie huty szkła. Złość jednak nie daje za wygraną, ona cały czas we mnie jest. Jedynym wyjściem dla mnie jest wówczas obwinianie siebie.

 

Ktoś przecież musi ponieść za to wszystko konsekwencje

 

Jedyną osobą, której mogłam opowiedzieć o mojej złości byłam ja. To był mój pewnik – wiedziałam, że nie ucieknę od siebie, nie obronię się. Męczyłam więc tę biedną dziewczynę powtarzając jej, jak bardzo jest do niczego. Był taki czas, że biłam ją pasem, po udach, bo dopiero, kiedy krzyknęła z bólu – wiedziałam, że coś poczuła. Zmuszałam ją do tego nawet wtedy, kiedy panicznie się broniła. Mogłam być katem i miałam nad sobą władzę. Nie potrafiłam zezłościć się na innych, bo myślałam, że nie wolno jest mi czegokolwiek od nich oczekiwać. Nie chciałam ich ranić. Ja z trudem znosiłam fakt, że ktoś się na mnie złości, bo chciałam być idealna, aby móc mnie kochać. Czyjaś złość oznaczała dla mnie, ze coś spieprzyłam. Bałam się, że to będzie tak samo trudne dla nich i nie chciałam nikomu tego robić. Kochałam wszystkich w sposób obłędny, nie chciałam, aby czuli się źle tak, jak ja i w dodatku z mojego powodu. Tłukłam zatem tę biedną dziewczynę dopóty, dopóki nie zawyła i nie zaczęła krzyczeć, abym przestała. Zmuszałam ją, aby coś poczuła. Wydawało mi się, że ją reanimuję do życia, zmuszam do płaczu, aby w końcu się wypłakała. Nie chciała po dobroci – musiałam więc zrobić to siłą. Po wszystkim czułam spokój. Skąd ten spokój? Po prostu: miałam w końcu nad nią władzę. Wydawało mi się, ze wygrałam ze złością.

To było obłędne koło, ale uwierz mi, sądziłam, że tak trzeba. Uczyłam się więc krok po kroku, jak się z nią obchodzić. Dowiadywałam się, że złość i napięcie w powietrzu nie zawsze musi kończyć się tym, ze ktoś mnie uderzy albo poniży. Że mogę się na kogoś zezłościć i nie oznacza to, że go nie kocham. Że nikt nie ma prawa się na mnie wyżywać, a już na pewno nie ja sama.

Nie działa to za każdym razem. Czasami mam nawroty zaników pamięci i znowu wracają demony sprzed lat.

Na twarzy mojego rozmówcy, na podstawie punktów marszczących się na jego twarzy jestem w stanie wyłapać najdrobniejsze oznaki agresji. Jestem jak skaner paszportów na lotnisku JFK. Widzę złość nawet, gdy jest ona przykryta szerokim uśmiechem, a ton głosu jest ciepły i zachęcający. Wyczuwam ją i czuję jak paraliżuje moje ciało. Wówczas czas zatrzymuje się na sekundę, a ja głuchnę w swoim lęku. Trwam więc w danej chwili przez długi czas i mam szansę na zastanowienie się, co chcę zrobić. Pojawiają się wszystkie mądre rzeczy, które usłyszałam albo przeczytałam. Że przecież mogę się obronić, że mogę wygrać. Ale wtedy zaczynam się obawiać, że mój rozmówca dojrzy na mojej twarzy strach i będzie miał nade mną przewagę. Przypominam zatem sobie scenę z filmy, w której bohater doznaje olśnienia i w pięknej scenerii, z piękną muzyką w tle oznajmia: „Nie ma we mnie strachu. Potrafię!” I, wydaje mi się, że on naprawdę tak czuje.

 

Ja też chcę tak myśleć

 

Ale czas rusza ponownie, uczucia znowu świrują, auto odtwarzanie schematów: złość – wyparcie- wygaszanie huty szkła. Złość – wyparcie- wygaszanie huty szkła. Złość – wyparcie- wygaszanie huty szkła.

Pisk.

Szum.

Czuję się wówczas jak niewidoma, więc bronię się po omacku. Mam dwa wyjścia:. Pierwsze: zapadam się w sobie i nie chcę słyszeć, co mówi mój rozmówca, więc wygodnie chowam się w swojej bańce. Drugie: chcę oczyszczenia, choć w nie NIE wierzę i dostaję spazmów. Krzyczę piskliwie – schować się w sobie i tak już przecież nie zdążę. Potem się na spokojnie za te spazmy obwinię, zamknę się w swoim niebie i przekształcę to wszystko w muzykę. Wiem przecież, że do niczego się nie nadaję. Wiem to, ale muszę z tym żyć.

 

Grafika - Małgorzata Domańska
Grafika – Małgorzata Domańska

 

Nigdy nie wiem, co jest dalej. Trudno mi to spamiętać, bo wtedy mnie zatyka i nie mogę oddychać. Duszę się i kaszlę, bo żyję w ciągłym strachu

Ta cała historia, to lęk. Co się dzieje wówczas z naszym ciałem? Nie widzimy tego, więc śmiejemy się z psychologów i psychiatrów, że nas o to pytają. Ponoć to dla nich ważne. Niech mnie więc nagrają na kamery i sobie mnie obserwują – myślałam zawsze. I, że jeżeli ktoś chce za mną iść, to i tak pójdzie. Że pisana mi jest na pewno choć jedna osoba, która będzie ze mną szła, a nawet mnie poprowadzi. Nadal się łudzę.

Myślisz, że akceptuję to, że ktoś mnie nie rozumie? Sądzisz, że mnie nie złości, gdy ktoś dopytuje: o co mi chodzi?

 

Wściekam się

 

Jestem wściekła i gdybym była smokiem zionęłabym ogniem, paliła wszystkie dobre domy, w których pochowali się „dobrzy ludzie”. Patrzyłabym z diabelskim uśmiechem jak palą się domy ludzi z „dobrym sercem”. Takich, którzy uważają, że mogą żyć sobie spokojnie i nie chcą niczego więcej i jednocześnie mało ich obchodzi, co się dziej wokoło. Stała bym na szczycie Pałacu Kultury i zamieniłabym się w Diabła Tasmańskiego, który groteskowo wykrzywia twarz do krzyku. Patrzyłabym na ludzi z góry i wydawała głośny ryk, który wpędzałby ich do szczurzych nor. Im bardziej widziałabym jak się boją, tym głośniej bym się śmiała. Mój ryk wpychałby ich w podłe zaułki, zabieraliby swoje dzieci z ulicy, a ja nieustannie bym się śmiała. Śmiałabym się głośno, bo wiedziałabym, że wydaje im się groźna i do tych nor spycha ich własny strach. Ten sam, który powodował, ze byli dotąd ślepi, albo ślepych udawali. Za to, że pozwolili, aby strach zdominował ich życie. Pozwolili, aby ten sam strach dziedziczyły ich dzieci. Przyzwalali na strach innych. Oto moja wściekłość.

Krzyczałabym: „Za wasz strach! Za wasz strach, za wasz strach!” Za to, ze zgodziliście się żyć w strachu i przekazujecie je z pokolenia na pokolenie. Że nie dostrzegacie, ze to wy właśnie jesteście dla siebie najlepszym rozwiązaniem tej zagadki. Nie wasze dzieci, mężowie, czy żony.

Jeżeli wpadniecie na ten genialny pomysł, żeby się pozbyć z siebie strachu, nie będziecie przekazywać tego wadliwego genu swoim dzieciom, bo dla nich bezpieczeństwo będzie wówczas czymś naturalnym.

Kiedy bym tak wyła, niczym wielki smok nikt z nich pewnie nie zobaczyłby, że jestem tylko karykaturalnym, kolorowym smokiem i, że to, że się mnie boją jest po prostu śmieszne. Dla bezpieczeństwa, prewencyjnie woleliby wbiec do swoich nor.

A gdyby choć jedna osoba z tych uciekających przede mną dostrzegłaby fakt, że ja też się boję? Może nawet bardziej? Lecz tak się nie stanie. Dlatego mogę sobie dowolnie grać wszystkim na nosie.

Czasem wydaje mi się, że to się nie skończy. Zwłaszcza, że widzę wokoło nierozumiejące mnie twarze, w wieczornym deszczu, w szarym polu. Zdarza mi się przecież tracić pamięć – to taka ludzka choroba. Wtedy znowu zapominam, kim jestem i wszystko zaczyna się od nowa.

 

Świat

 

Piszę, żeby zrozumieć. Nie piszę po to, żeby tłumaczyć. Pragnę o tym wszystkim pisać, bo, gdybyście kiedykolwiek sami chcieli to poczuć – będziecie już znać drogę

Od zawsze czułam życie. Po prostu je czułam. Choć byłam martwa – czułam bicie jego serca – serca mojego życia. I to intuicja pomogła mi przetrać. Wiara, że istnieje prawdziwe życie. To musi być wielki krok móc zobaczyć ziemię w całości. Na chwile chociaż, aby potem znowu ją zapomnieć. To jest ta obietnica składana raz w życiu. Słyszysz ją? Poznajcie się: Oto ona – Twoja intuicja.

Póki co, zrozumiałam dla siebie lekcję taką, że: Mówisz „jasność” – będzie jasność. Oprawcom mów NIE – a cierpieniu i złości – powiedz TAK.

 

 

Tekst, Foto –  Pola Jezierska

Piszę, aby rany posypać słowami. Niech sączy się z nich tak długo się, aż zabraknie słów.

Poznanie pomnaża cierpienie”, ale chęć poznania jest większa od strachu.
Piszę aby zrozumieć – nie po to aby tłumaczyć.

Widzę, słyszę, czuję, myślę i na przemian boję się, aby znów być odważną.

Piszę, bajam i rozmyślam.

Melomanka, marzycielka, poszukiwaczka i stara dusza.

Nie polonistka, nie filolog, nie filozof.

Znowu naprzemiennie: Posiadaczka niespożytej energii miłości do ludzi i Wszechświata, aby zaraz potem wszystkiego nie znosić i złorzeczyć.

Dwubiegunowa. Wzrost: średni.

Wiek: słuszny

Oczy: szaro-niebiesko-zielone
Usposobienie: brak