NOWE SŁOWA NA MIŁOŚĆ

Miłość to pojęcie obszerne jak worek bez dna. Dlatego mam potrzebę aby ją opisać na nowo, świeższymi słowami układającymi nowe znaczenie.

Dlaczego? Bo „chyba w życiu pomyliły mi się kroki i dlatego teraz chodzę krzywo”. Tak się właśnie czuję, jakbym bardzo długo się potykała i błądziła. Mylne pojmowanie miłości, oczekiwanie od partnera aby był „jakiś”, żeby mnie kręcił, żeby się coś działo, przede wszystkim zaś mylenie miłości z namiętnością spowodowało zagubienie. Kiedy mija zauroczenie i zaczynamy patrzeć na trzeźwo, pojawia się oczekiwanie, aby ktoś stał kimś, ale broń Boże nie był sobą. Namiętność spina, wkłada w formę – mój, moja na własność.

Musimy się starać aby być „jacyś”. Kierujemy się w swoim życiu namiętnością, tzw „chemią”, pojawiają się porywy, sztormy, zatopione miasta…niszczejemy zamiast się budować. Ciągnie nas do kogoś, bo jesteśmy uzależnieni od emocji, których dostarcza nam ta osoba.

Namiętność jest na poziomie odbioru ciała fizycznego, stale musisz coś ze sobą robić aby się podobać – podnosić pośladki, wstrzykiwać kwas, powiększać piersi, ćwiczyć na siłowni, być na diecie. Co innego kiedy upiększasz się dla siebie samej, a co innego po to, aby ktoś cię zaakceptował. Kiedyś stale podnosiłam sobie poprzeczkę i nigdy nie byłam ze sobą szczęśliwa. Mój ówczesny parter i tak wciąż mnie krytykował. To była podróż bez końca, bardzo smutna zresztą. 

Rezygnacja z własnej nieprawdziwości stała się dla mnie luksusem, a jej efektem jest wolność. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień, raczej był to proces. Być sobą, bez potrzeby upiększania się, stawania na czubkach palców, aby dosięgnąć czyjejś akceptacji. Znika wtedy potrzeba poszukiwanie partnera atrakcyjnego fizycznie, bo przecież miłość nie działa wybiórczo. Jest jak słońce pada na wszystko bez wyboru. Nie wie co to wyłączność. Opowiem teraz o filmie „Don Jon”, który ostatnio oglądałam. Myślę że będzie on ciekawy dla wszystkich poszukujących odpowiedzi na pytanie czym jest związek dwojga ludzi. Mamy tu uzależnionego od pornografii Josepha Gordona – Levitta, który pragnie wspólnego życia zasilanego pożądaniem i namiętnością. Po licznych wypadach z kumplami do klubów znajduje upragnioną kandydatkę. Początkowo film drażnił mnie swoją kiczowatą dosadnością – wyrywanie panienek, masturbowanie się przy filmach porno, siłownia i codzienne spowiedzi. Seks spłycony jest tu do granic możliwości jako efekt uboczny naszych czasów. Staje się wreszcie rutyną jak mycie zębów. Potem jednak film okazał się prawdziwą perełką z wielowymiarowym bohaterem i jego podróżą do prawdy. Najbardziej wartościowe dla mnie było pokazanie czym jest prawdziwy smak relacji. Nie jest nim realizacja seksualnych fantazji, jest nią bliskość, swoboda bycia sobą, przyjaźń. Kiedy więc ludzie opisują jak chcą aby wyglądał ich partner czuję jakby rozmijali się trochę z prawdą. Wiem że jest trudno z tego zrezygnować poprzez kulturę, którą nasiąknęliśmy, poprzez kolorowe pisma w których kobiety i mężczyźni wyglądają jak lalki, filmy pornograficzne i wiele innych. Wszystkim tym, którzy mają z tym problem polecam film „Don Jon”. Niedoskonałość może być piękna, może być ciekawa, może nas zachęcić do przemyśleń. Pożądanie jest rodzajem fałszu, nie nazywajmy tego miłością.

Tak często chcemy leczyć swoją samotność drugim człowiekiem. To nic nie daje. Pobądź sam, idź do lasu, w góry, gdziekolwiek gdzie będziesz sam. Jeśli uda ci się odnaleźć spokój i harmonię w samotności, zrezygnujesz z nałogu emocjonalnego uzależnienia od innych ludzi. Myślę że tym nowym słowem na miłość stała się dla mnie wolność. To moje zrozumienie, nie mówię że jedyne i słuszne. Życzę wam waszego własnego, innego niż to czym nasiąkliście i właśnie takiej miłości, w której poczujecie się wolni.

Dorota Pawelec