O wolności w procesie twórczym

Nie wiem gdzie pierwszy raz przeczytałam słowo: „kreacja”, czy było to u Julii Cameron, która tak wiele pisze o byciu artystą i tworzeniu życia, czy był to ktoś inny. Ufam naukom tych, którzy nie odcinają się od swojego zestawu człowieczych potknięć czy dołków, potrafiąc otwarcie o nich mówić, a jednocześnie kreują w życiu konkrety. Czyli jak to mówił Walt Disney: „sposobem na zaczęcie jest skończenie mówienia i podjęcie działania.” Dla każdego artysty, czy kreatorki wolność jest podstawową składową procesu twórczego. Tutaj przeczytasz o tym jak sami siebie zniewalamy, więzimy, jakie to ma przełożenie na na naszą kreację no i co z tym robić, żeby wyjść na wolność.

 

KREACJA TO CORAZ WIĘCEJ MOCY TWOIM ŻYCIU

 

Wszystko co „tworzysz” – otwiera cię na coraz więcej życia. Coraz więcej życia przybywa tobie, coraz więcej życia widzisz i kreujesz na zewnątrz. Nic pięknego nie wyrośnie od siedzenia na kanapie i scrollowania na telefonie. Co najwyżej garb na plecach, albo odcisk na palcu.

Pisze to, bo wielokrotnie doświadczałam w życiu stanów depresyjnych i wiem, że śmierć bywa naszym stanem wewnętrznym.

Kiedy godzimy się na nią, bo coś wybrzmiało, zmieniło formę – przychodzi ona mniej boleśnie. Kiedy śmierć oznacza trwanie w jakimś zasklepiającym fałszu, zawsze wiąże się ona z cierpieniem. Moje stany „pozbawiania siebie wolności”, kiedy nic „nie rosło” w moim życiu, łączyły się właśnie z takim wewnętrznym zniewoleniem. Kiedy działałam wbrew swojej wewnętrznej uczciwości, zadając przemoc swojej wrażliwości. Były to na przykład okresy przeczekiwania odejścia ze znienawidzonej sytuacji, czy wyjścia z jakiegoś miejsca. Do takich stanów przyczyniały się też sytuacje, kiedy wierzyłam w coś nieprawdziwego. Czułam ten smród ściemy, ale wmawiałam sobie, że to aż tak brzydko nie pachnie.

Zawsze wtedy pomagało mi wychodzenie do czegoś nowego życia małymi krokami. Czasem ta podróż zaczynała się od pomalowania szafy, wyjścia na spacer, ale z czasem nabierałam ochoty na więcej.

 

POŁĄCZENIE ZE SOBĄ I ZE ŚWIATŁEM

 

Piszę tu o łączeniu się ze sobą, bo jest ono fundamentalne dla każdego, kto chciałby swoje życie „stwarzać”. Dlatego nawet doceniam te wszystkie chwile kiedy płakałam w samotności. Pozwoliły mi one nauczyć się być naprawdę blisko siebie.

Kreacja, czy wychodzenie do „nowego projektu” to tworzenie nie tylko filmów czy dzieł literackich ale i robienie naleśników, sprzątanie mieszkania, głowy, serca, czy ciała.

Tworzenie to koneksja z samym sobą, ale i ze światłem tego „czegoś boskiego”. Nie lubię mówić, czy pisać o „Bogu”, bo daleka jestem od katolickiego, czy jakiegokolwiek innego zestawu religijnych wierzeń. Mam swoją własną wiarę i gdyby nie ona, moje serce już dawno stałoby się zimne i ciemne, a brak opieki nie pozwoliłby mi ruszyć się z miejsca.

 

CZY WYCHODZENIE DO CZEGOŚ NOWEGO CIESZY?

 

Jeśli wierzysz w to, że odnalezienie swojej pasji w życiu, czy nawet swojego powołania od razu spowoduje fajerwerki, czy cudownie odmieni twoje życie, to jesteś w głębokim błędzie. Tak jak uczyliśmy się odchodzić od siebie, zakopywać się pozorami i fałszem, tak teraz musimy na nowo nauczyć się do siebie wracać. Nauka ta  zacznie się od zera. Potrzebujesz dać sobie cierpliwość i czas na robienie kolejnych kroków uczenia się siebie na nowo.

Bo aby tworzyć w poczuciu wolności, musisz zapomnieć o wszystkim czego się nauczyłaś/eś od systemów, kultur, rodu, mediów, sąsiadów, znajomych a nawet, a może zwłaszcza – od duchowych guru.

Musisz powrócić do swojej dziecięcej i niewinnej części, która eksploruje świat czystym serduchem. To łączenie się ze sobą w najprawdziwszej głębi, wymaga odwagi, której też będziesz się dopiero uczyć. Wymaga też umierania. Umieramy za każdym razem, gdy rozpada się jakaś nasza życiowa iluzja, sztywny system nieaktualnych wierzeń. Ta śmierć nie musi być za każdym razem brutalna i bolesna. Staja się taka, kiedy toczymy wewnętrzną walkę z samym sobą.

 

TO CZYM NAPRAWDĘ JEST TA WOLNOŚĆ?

 

Ostatnio obserwuję sobie twórcze osoby, które potrafią realnie spełniać swoje wizje i działać w materii, a nie tylko fruwać i medytować. Czytając biografie odkrywam, że ci ludzie zazwyczaj nie mieli w życiu lekko, ale mimo to nie zakopali tej swojej dziecięcej, wrażliwej części. Nic nie spadło im z nieba, nikt nie przyszedł ze złotą tacą. Mówię o wrażliwości, bo kiedy działamy odcięci od siebie ponosimy tego konsekwencje chorobami i wieloma życiowymi katastrofami. Wrażliwość to najdelikatniejsza i zarazem najsilniejsza część nas, bez której nie jesteśmy w stanie nawiązać tej twórczej, życiodajnej koneksji.

Ostatnio, wolność nabrała dla mnie nowego znaczenia. Czym więc ona jest? Pewnie nie da się powiedzieć tego jednym słowem. Ostatnio wiele zrozumienia wyłania się dla mnie warstwami.

Coś nie jest tylko czarne, albo białe, ale stanowi całą skalą.

Wolność jest niewątpliwie brakiem zależności od kogoś, lub czegoś. Dla jednej osoby będzie zjedzeniem kawałka tortu bez liczenia kalorii, dla innego odejściem z pracy. Jest tak naprawdę wyborem sposobu na życie. Dla mnie wolność jest też poczuciem lekkości w ciele, pozwoleniem sobie na stan poruszenia w sercu, pozwoleniem sobie na konfrontację z prawdą.

Jest taka piosenka Leonarda Coehna, która przyprawia mnie o taki stan poruszenia w sercu i przypomina mi o wolności, rozpuszczając jakieś zamrożone części.

 

HALLELUJAH

 

O czym jest ten utwór, wie zapewne tylko Leonard Cohen, bo ja mało co z niego rozumiem. Ale wiecie…wszelkie dzieła twórcze odbiera się serduchem. Jest tam właśnie taki fragment, który ze mną rezonuje:

„She tied you to a kitchen chair, She broke your throne, and she cut your hair and from your lips she drew the Halllelujah”

Ta historia przypomina mi też o tym, jak czasem pragnąc czyjejś miłości i uwagi, pozwalamy przywiązać się do krzesła i obciąć sobie włosy. Zapominamy o szacunku do siebie w imię fałszywej miłości. Wymowny jest motyw włosów, które są dla mnie właśnie symbolem wolności.

W kulturach, gdzie kobiety pozbawiane są włosów, albo ich włosy są zakrywane, robi się to w imię podporządkowania. W obozach koncentracyjnych próbowano zabrać ludziom wolność wraz z ich włosami. Ale nie wszystkim dało się ją odebrać.

 

Strach jest najlepszym sposobem na to, aby pozwolić sobie odebrać wolność. To że się boisz jest naturalne, ale jeśli ten strach tobą zawładnie i decyduje o tym, w którą stronę skręcasz, to nikt z zewnątrz nie jest ci w stanie zrobić większej krzywdy niż ty sama/sam sobie.

Czasem obserwuję ludzi, którzy wojują o wolność wychodząc na ulicę, krzycząc, walcząc. Niestety bardzo często nie potrafiąc dać sobie tej wolności w codzienności, zgadzając się na pogwałcenie własnej duszy. Oczywiście nie jest to regułą.

 

Karabin nie jest w stanie odebrać ci wolności, jeśli masz w sobie głębokie poczucie tego kim jesteś

Wszystkie historie o utracie wolności prowadzą do mnie zawsze do jednej historii. Nie da się tworzyć wymarzonego życia uciekając od siebie. Ilekroć próbuję coś ominąć, przyspieszyć życie zatrzymuje mnie chorobą, przykrym zdarzeniem, czymś, co rozwala mój system wierzeń. Czymś co rozbija moje fałszywe ja, iluzje, maskę, pozór, mogłabym wyliczać bez końca, bo jest to coś, co bardzo dobrze znam.

 

TRIKI NA HODOWANIE SZTUCZNEGO JA 

 

Ucieczki przed sobą znam bardzo dobrze. Ilekroć próbuję powrotu do pisania po jakieś przerwie, czuję się jakbym robiła to na nowo i za każdym razem jest to dla mnie bardzo trudne. To co mi ostatnio pomaga, to książki Julii Cameron, której kolejne rozdziały pozwalają mi nazwać „blokady twórcze” i rozpoznawać to co sprawia, że od siebie uciekam.

Początkowo przykazania Julii, wydawały mi się to głupie. Mój logiczny umysł chciał szybkiej metody, aby powrócić do kreacji. A tu trzeba pisać jakieś poranne strony, chodzić na randki ze sobą. Było mi bardzo trudno. Ale po pierwsze zrozumiałam, jak ważne jest wyjście poza swoje schematy i robienie tych pierwszych kroków za progiem własnej wygody. Wygody wynikającej z zasiedzenia, braku ruchu w życiu, zasklepienia się w czymś, w czym tak naprawdę umierasz.

Coś co mnie zatrzymywało w działaniu, to świadomość ogromu pracy, którą muszę włożyć w każdy nowy projekt. Czasami jednak więcej energii wkładamy w „opór”, myślenie i mówienie o tym „co by było gdyby babcia miała wąsy”. To wszystko może nie mieć potem nic wspólnego z rzeczywistością.

Aby coś zmienić, nie potrzebuję mieć całego planu, tylko zdecydować się na pierwszy krok.

To uwalniające odkrycie, pozwalało na zmianę nie raz i nie dwa.

Dlatego „ randki artystyczne”, które Julia promuje jak zdarta płyta w każdym jednym rozdziale, są tak naprawdę czasem na bliskość ze sobą. Czasem będzie to nałożenie sportowego stroju i wycieczka do lasu, czasem zabranie siebie do cukierni, spacer , wystawę, jogę…cokolwiek co chwielibyśmy robić, ale odkładamy to na półkę pod tytułem „bo nie mam czasu”.

Kiedy jestem w dołku ostatnią rzeczą o jakiej marzę jest zabieranie siebie na randkę artystyczną. Uwierzcie mi jednak, że przełamanie się do tego, sprawia że zmienia się energia w nas. To działa!

Na spacerach, na których jestem sama ze sobą, staram się nie słuchać muzyki i nie zagłuszać tego co czuję. Jestem ze wszystkim co przeżywam i daję temu zgodę. Akceptacja jest najlepszym sposobem na uwolnienie trudnych emocji.

Mówienie sobie:” Tak, prawda jest taka, że sobie z tym nie radzę, że czuję się bezbronna, samotna, tonę w nałogach, długach, smutku, depresji, złości, frustracji, niespełnieniu, poczuciu winy i na tę chwilę nie wiem jak to zmienić. Ale postanawiam żyć inaczej niż do tej pory, postanawiam uczyć się wybierać wolność. Proszę nauczyć mnie (Boże, Bogini, Miłości, Siło Stwórcza Wszechświata, Słońce na niebie..) co mam robić?

Poddanie się, nie stawianie oporu temu co czuję jest dla mnie pierwszym krokiem do uwolnienia.

Brak walki oddaje energię do życia.

Ten artykuł miał być o wolności a ja tu piszę o blokadach. To nie jest odejście od tematu, tylko fakt, że wolność jest stanem w nas, a nie czymś nadanym z zewnątrz. Zawsze kiedy decydowałam się na „uwolnienie” od jakiejś sytuacji, czy relacji, pojawiała się w moim życiu jakaś wolna przestrzeń.

Odejście od męża, pokazało mi przestrzeń odpowiedzialności za finanse, odejście od objadania się, przestrzeń braku akceptacji, odejście od notorycznych rozmów telefonicznych – przestrzeń własnych emocji i potrzebę bliskości, uwolnienie od bycia plastrem miodu dla innych – pokazało mi własne zranienia.

We wszystkich uzależnieniach, trwaniu przy kimś, lub przy czymś „w zastępstwie czegoś innego” odsłania nasze prawdziwe potrzeby. Wymówki, z których rezygnujemy, dają nam przestrzeń do robienia tego za czymś tęskniliśmy. Ze teraz moja dusza krzyczy o niezależność, opiekę i uwagę daną sobie. To tak ładnie brzmi, a wymaga konsekwencji, trwania przy sobie i bycia z tym wszystkim co trudne. Stanięcia do swojego ogródka.

Tak łatwo nam było mówić, “że gdyby nie ta praca to zrobiłabym to czy tamto”, “gdyby nie mąż to byliśmy gdzieś indziej”. Gdyby nie to, siamto, sramto, owamto. Tymczasem stajemy się wolni i wcale jesteśmy  prężnie działającymi przedsiębiorcami, czy nawet przedsiębiorcami.

Pamiętam jak rezygnując z pierwszej etatowej pracy marzyłam o wolności bycia freelancerką. Kiedy już zdecydowałam się odejść i zostałam nagle sama w domu nie potrafiłam się zorganizować.

Rozpraszało mnie dosłownie wszystko. Na początku uciekałam od moich zawodowych zadań i działałam mega nieproduktywnie. Kiedy finanse zaczęły się sypać, zaczęłam stawiać się do tego, aby najpierw zrozumieć, dlaczego uciekam przed tym co sobie wymarzyłam, a potem do podjęcia kroków, aby to zmienić.

Na pocieszenie powiem, że to co trudne też się kiedyś kończy i nigdy, przenigdy cię nie definiuje. W każdej chwili możesz zadecydować, że nie jesteś już poczuciem winy swojego ojca, ani tą przykrą chwilą, w której ktoś cię zranił, ani strachem o jutro.

Jesteś kimś więcej, kimś ponad te wszystkie blokady, kimś kto z prawdy swojego serca może kreować własne życie. Ostatnio każdy dzień zaczynam takim zdaniem: 

“Niech wróci do mnie wszystko to co jest mną. Niech ten dzień przyniesie wszystko to co jest mną i zabierze to co mną nie jest.”

Myślę, że bycie tak naprawdę sobą, to jest prawdziwa wolność.

A więc jak odnaleźć wolność, w której poczuję się jak w domu? Na pewno krok po kroku w ufności, że ktoś mnie prowadzi.

Pamiętajcie też, że chodzenie utartymi szlakami mnie zaprowadzi was do prawdziwego domu.

 

Tekst – Dorota Pawelec

Foto – Magdalena Chojnacka