“Każda kobieta jest Boginią  mając w sobie niesamowity dar kreacji”

Pod koniec poprzedniego roku spotkałam się na wywiad z Markiem Taranem, który opowiedział mi o fascynującym zjawisku implozji, czyli scalaniu światła/energii, które niegdyś uległa rozproszeniu. Marek Opowiedział mi o tajemnicy, której strzegli Katarowie i Templariusze, budując świątynie na cześć Marii Magdaleny.  „Notre Dame”, czyli „Naszej Pani”. 

Obecnie postać partnerki Jezusa nazywa się Marią Magdaleną. Oryginalnie nazywała się ona Miriam. To imię można przetłumaczyć jako „oblubienica”. Tak nazywała się po aramejsku. Tytuł ten nadawany był przy inicjacji kobietom, które poznały tajemnicę swojego światła. Powszechnie nie mówi się też o tym, że to dzięki Marii Magdalenie  Jezus przypomniał sobie, kim jest naprawdę. To dzięki jej światłu i miłości miał szansę odkryć siebie do głębi. Zainteresowanych tą historią odsyłam do naszego wywiadu

Maria Magdalena naucza, aby nie patrzeć na zbawienie świata, tylko bardzo mocno skoncentrować się na sobie. 
Scalanie tego światła/energii jest niczym innym jak podróżą w głąb siebie i oddaniem szacunku każdej z tych części, którą odkrywamy. Uznaniem jej za integralną część całego systemu, nieodrzucaniem jej. 
Każda kobieta może odkryć swoje wewnętrzne światło, które jest zlokalizowane w bardzo konkretnym punkcie. W jej łonie. Jest ono miejscem kreacji, ale tylko w połączeniu z sercem. Kobieta, która nauczy się wybierać/kochać siebie nie musi zbawiać świata. Ma taką energię, że w jej polu umiera wszystko to, co jest iluzją i ma szansę narodzić się to, co jest prawdą. Każda kobieta jest więc Boginią w swoim potencjale, mając w sobie niesamowity dar kreacji.

 

 

Imię Magdalena przynależy się więc każdej kobiecie. Jest ona tą, która pilnuje swojego światła.

Już będąc małymi dziewczynkami, tracimy to światło, doznając zawstydzania swojej seksualności. Kiedy nasze ciało nie jest naszą świątynią, a staje się “czymś wstydliwym”, nie jesteśmy w stanie zaakcentować siebie.  Kobieta, która nie kocha siebie, nie jest w stanie połączyć serca i sacrum.  Tak więc uzdrawianie swojej seksualności i swojego serca jest jedyną drogą, aby odzyskać swoją energię.  Stać się twórcze, zamanifestować i urodzić swoje marzenia. Scalanie tego światła/energii jest niczym innym jak podróżą w głąb siebie i oddaniem szacunku każdej z tych części, którą odkrywamy.
Kobiety tracą swoją energię na wiele sposobów. Wychodzisz ze swoją energią na zewnątrz, kiedy wydaje ci się, że musisz ratować ludzi i świat. Nie potrafisz zająć się swoim własnym cierpieniem, więc przenosisz swoją uwagę na innych.  Wychodzisz ze swoją energią na zewnątrz kiedy obwiniasz kogoś za to jak się czujesz, ale  nie bierzesz odpowiedzialności za proces, jakim jest twoje własne życie. Wychodzisz ze swoją energią, kiedy nie akceptujesz siebie. Wychodzisz ze swoją energią, kiedy nie czujesz swojej sprawczości. Zawsze.
Kobieta, która potrafi kochać (siebie przede wszystkim), obala systemy i schematy. Ale co najważniejsze (ta część historii jest moją ulubioną) potrafi kreować, stwarzać, manifestować życie. Jest twórcza, potrafi zamienić słowo w ciało. To czego pragnie, może zejść na ziemię.
Oczywiście od grudnia medytuję nad implozją i doświadczam tego, jak to jest tracić energię i ją odzyskiwać. Jest to moja wielka tegoroczna lekcja.
Tego dnia, po spotkaniu z Markiem udało mi się utrzymać energię. Pamiętam, że byłam wtedy u koleżanki, ona płakała za ścianą, przechodząc jakieś rozstanie, a ja rozpływałam się w tym, jaka jak piękna jest moja dusza! Tak jakby otworzył się przede mną jakiś nowy wymiar czucia. Wszystkie energie przechodziły przez moje ciało (od tamtej pory) bardzo głęboko, do głębi… wzruszenia.
Kiedyś w pierwszym odruchu pobiegłabym na ratunek, ale tym razem dostałam przekaz, aby zostać w swojej energii i wracać jak najszybciej do domu.
Po raz pierwszy nie pomogłam komuś i czułam się świetnie. Przez kilka dni fruwałam jak na skrzydłach. Niestety potem nie było już taka kolorowo.
Ludzie lgnęli do mnie, odkąd pamiętam, zwłaszcza ci połamani. Zdarzało się nawet, że jeśli jakiś pies w okolicy zgubił się, podchodził pod moje drzwi. Wydawało mi się, że wszystkich potrzebujących muszę wysłuchać i opatrzeć ich rany. Nikt nie uczył mnie, żeby wracać do siebie. Najtrudniejszą lekcję dostałam w wakacje. Poczułam, że stoję już pod ścianą i albo wybiorę siebie, albo …umrę. Była to lekcja od wszechświata, której nie zapomnę do końca życia. Mocna i zmieniająca.
Powiem wam, że okrutne są konsekwencje utraty energii. Po prostu przestajesz żyć w pewnym sensie, bo nie masz już siły.
Pozostać w swojej energii i się nią delektować. Jest to zaszczyt wybierać swoje towarzystwo. Iść tylko do tych, z którymi czujesz flow, odpuścić powinność „pomagania” misyjności. Stać się ważną. Królową swojego życia.
Jest to prawdziwe stwarzanie miłości, bo czujemy ją w pełni, w radości, motylach w brzuchu, w zabawie. W poczuciu winy i braku jest tylko bezmiłość. Miłość nie jest skałą, doskonałym i stałym monumentem. Miłość jest czymś, co wzrasta, rozwija się kiedy rozpoznajesz, kim jesteś naprawdę.
Kiedy i jak wracać do siebie? Dla mnie alarmowym sygnałem odejścia od siebie jest obsesja na punkcie tego,  jak bardzo ranią mnie inni. Jeśli to zajmuje większość czasu, który ze sobą spędzam, staje się dla mnie jasne, że odeszłam od siebie. Bo tylko ja mogę odzyskać  ważność, w swoich własnych oczach. 
Wiem, że obsesja to grube słowo. Powiedzmy więc,  że kiedy tylko poczujesz, że ktoś cię rani a podzielenie się tym z tą osobą nie sprawia, że odzyskujesz spokój, proponuję zamienić wszystkie te bolesne wektory w swoją stronę. 
Kiedy myślisz, że ktoś cię pomija, umniejsza twoją wartość, nie zauważa, okłamuje – skieruj to siebie. Gdzie ty się pomijasz, umniejszasz, nie traktujesz serio, czy okłamujesz. W powrocie do siebie pomaga zawsze zmiana perspektywy. Nie tylko ta związana z wektorami, ale też jakakolwiek zmiana. Kiedy przestajesz “zarządzać” swoim życiem wciąż z tego samego miejsca i pozwalasz sobie wyjść do nowych miejsc.  Posłuchaj wtedy, co mówią do ciebie ludzie, bo zazwyczaj przychodzą wtedy do ciebie z jakimś uświadomieniem. 
Odzyskujemy siebie, kiedy nie oddajemy się czemuś zewnętrznemu, przestajemy oddawać uwagę reakcjom innych ludzi, temu co myślą, mówią i jak cię ocenią. Odzyskujemy siebie, kiedy przestajemy starać się być “kimś dla kogoś”. Akceptujemy każdy aspekt siebie, zwłaszcza jeśli nie jest on idealny.
Pozostajemy w sobie, w swojej wewnętrznej alchemii i opiekujemy się nią jak największym skarbem.
Życie jest wtedy dobroczynne, zsyła nam to, czego potrzebujemy. Czyli mówiąc krótko – kobieto naucz się kochać siebie, a świat zbawi się sam, w blasku twojej pięknej energii. Mogę to też odnieść do wszystkich. Zajęcie się swoim wewnętrznym poletkiem jest najlepszą receptą na zbawienie świata. 
Rzeźba: Jean-Michel Bihorel