Ja, Ty i Ona…. choroba

Strach ma zapach

 

Myślałam, że postrzał jest taki jak na amerykańskich filmach, że ta kula wleci, potem gdzieś wyleci i bohater dalej przez pół filmu, może chodzić, działać… tak naiwnie. Oczywiście, wiedziałam, że od kuli można tez zginąć. Takie filmy też znałam, ale w tej chwili taki mi się nie wyświetlał. Byłam przekonana, że to niegroźne.
W sali był tylko On rozłożony na dużym szpitalnym łóżku, wokół którego jak satelity porozstawiane na kółkach były różne kroplówki, strzykawki, monitory, pompki, tysiące wężyków, prowadzących do jego ciała.
Próbowałam odnaleźć teraz w gąszczu tych bandaży, wężyków, opatrunków, pozostałościach po wielogodzinnej operacji. Ciało, które znam, zapach, który pamiętam …

Czy mnie ten widok przeraził? Nie, nie to nie było przerażenie, raczej szok – zaskoczenie.
Strach ma zapach… ten zapach właśnie mnie zmroził na wejściu, nie chodzi tu o woń szpitala czy odchodów – nic z tych rzeczy. Chodzi o pewną bardzo subtelną woń wydzielaną przez ciało, które się boi…Zapach choroby, lęku, niepewności unosił się w powietrzu, jego ciało zdawało mi się mniejsze, skurczone, klatka zapadnięta i kolor skóry, nie miałam pewności, czy jest biały od tych bandaży, czy ze strachu.

 

Tęsknie za kimś, kto jest obok

 

Przez następne tygodnie przyjeżdżałam do szpitala przywożąc obiady, wartościowe jedzenie, które pomogłoby mu wrócić do zdrowia, pomogły by mu również swobodniej się wypróżniać. Nie mógł wstawać, więc cała procedura załatwiania potrzeb fizjologicznych wymagała wyzbycia się jakichkolwiek uprzedzeń.
Jest podobno taka zasada, że jeśli przy pacjencie obecna jest rodzina, to kaczki, nocniki, obsługują bliscy. Mi T zabronił tego robić – chyba z dumy…
Miałam ogromny proces związany z opieką nad moim Partnerem. Mycie jego ciała, wynoszenie nocników, kaczek, golenie, karmienie, smarowanie ….
To nie prawda, że wtedy to po prostu się wykonuje, że te wszystkie rzeczy naturalnie przychodzą do Ciebie z pełną mądrością i zrozumieniem … Bardzo go kochałam, z tej miłości przyszła opieka nad nim. Ale też z miłości do siebie zrodziła się we mnie niezgoda.
To był czas, kiedy wiele było we mnie buntu, wiele pytań, wiele żalu i łez.
Pamiętam moment, kiedy uciekłam ze szpitala, wróciłam do domu i poczułam żal, taką stratę jakby odeszło, umarło coś co ogromnie kochałam. Z puntu czysto logicznego, mój Partner żył, pomału zdrowiał, więc teoretycznie nie miałam powodu, by tak odczuwać – a jednak.

Próbowałam zrozumieć, dlaczego uciekam, dlaczego jestem niecierpliwa, dlaczego czuję tą pustkę i stratę? T poprosił o kupienie maszynki i pianki do golenia, weszłam do sklepu przed szpitalem i w drzwiach minął mnie jakiś mężczyzna, stanęłam jak zamurowana, ten zapach, te perfumy – to było to dokładnie. Moje ciało zawyło. Przypomniał mi się zapach mojego T, zapach ciała, które pamiętam był moim afrodyzjakiem, bardzo go lubiłam, czułam w nim dom. Za tym tęskniłam, za moim mężczyzną, nie za pacjentem.
musiałam tam wrócić, bo spociłam się w sekundę jak szczur, jednak poczułam ogromną ulgę i jakąś taką normalność, ufff jak dobrze, że w końcu ktoś o tym powiedział, że ktoś w ogóle poruszył ten temat, że oprócz tych bio- obiadków, ćwiczeń, balsamów, kąpieli w borowinie, prądów i innych „rehabów” zaleca się nam SEKS – uzdrowicielski SEKS!

 

„Nie jesteś ranna jak ja, nie przeżyłaś tego, co ja, więc mnie nie rozumiesz”

 

Takie argumenty słyszałam bardzo często, u nas wyraźnie pojawiała się jeszcze historia z procesami sądowym, które miały związek z okolicznościami wypadku. Mój partner czuł się niepotrzebny, pominięty, zapomniany. Czuł się ofiarą. Przed tym zdarzeniem, był bardzo, bardzo aktywnym człowiekiem, pracował z wieloma ludźmi, kochał swoją pracę, kochał tych ludzi, teraz nie mógł jej już wykonywać.
Wielu od nas odeszło, wielu odeszło od niego. Emocje towarzyszące takim zmianom to istny rollercoaster, od wdzięczności za życie, za przeżycie, po złość
, żal, niezrozumienie, poczucie niesprawiedliwości, poczucie bycia ofiarą… przeplatały się z fizycznym bólem i ograniczeniami.
Ja nie akceptowałam tych uczuć, nie chciałam, zobaczyć w moim dumnym mężczyźnie, ofiary – a on tak się teraz widział. Wydawało mi się to słabe…
To ciekawe, bo to zawsze on mi mówił, że strach, smutek to słabość, teraz sam kipiał tymi emocjami, a ja byłam ich cenzorem. Bałam się ich poczuć, bo mogłyby pokazać mi inny, nieznany mi obraz mojego faceta. Obnażą też jakąś prawdę o mnie samej.

 

„Jak możesz czuć się samotny, przecież jestem tu, z Tobą cały czas”

 

 

Nie rozumiałam o jaką samotność chodzi, skąd ona się wzięła, gdzie ma swoje źródło, a przede wszystkich nie potrafiłam się odkleić od poczucia winy, w związku z tą emocją…
Przecież jestem fajną partnerką, współczującą, kochająca, dbającą, świadomą, więc co jest k… nie tak…? Co źle robię?
NIC.
– Nie chodzi o Ciebie…. Naprawdę – powtarzał mi to jak mantrę, a ja dalej szukałam rozwiązania w sobie.
NIE CHODZI O CIEBIE…. To nie jest Twoja samotność, ani Twój ból i naprawdę jakkolwiek egzotycznie to brzmi, lepiej, żebyś tego nie współodczuwała. Nie chodziło o to, by czuć tą samotność, chodziło o to by ją uszanować pozwolić jej być z nami….
Żyłam kiedyś w „trójkącie” i wiem, że to jest najgorsze, jest kiedy udaje się, że nie ma tej trzeciej, wypiera się jej istnienie…jej udział.
Akceptacja nie rozwiązuje problemu, nie sprawia, że emocja znika, ale daje taką przestrzeń do tego, by ona w ogóle mogła zaistnieć, wypowiedzieć się, a jak już się wyleje to jest szansa, że złagodnieje, zostanie zaspokojona, zauważona, jej głos zostanie wysłuchany – o to przecież nam chodzi.
Kiedyś ktoś powiedział, że ciało, któremu nie pozwoli się wyrazić emocji, znajdzie sobie organ, który te emocje wypłacze…. I najczęściej płacz jest przenośnią choroby, jakiegoś uszkodzenia, lub poważniejszej dolegliwości….
Towarzyszenie przy drugiej osobie w jej emocjach tak trudnych dla nas jest wyższą szkołą jazdy. Zorientowałam się że wyrobiła w sobie pewien mechanizm. Aby nie mieć poczucia winy, nie pozwalałam czuć mojemu partnerowi samotności czy smutku…
„Przekopałam połowę swojego podwórka”, żeby powiedzieć sama sobie: NIE CHODZI O CIEBIE.

 

Jak się nie poświęcić?

 

 

Choroba bliskiej osoby jest trochę jak taki wirus – można nauczyć się z nim funkcjonować. Na początku, musisz trzymać się pewnych zasad, badać jak wiele możesz, czy to jest dla Ciebie dobre, stosować wszystkie środki bezpieczeństwa, nosić maski, pryskać dłonie, ale nie możesz dać się zniewolić. Nie można tym żyć.
Ja uczyłam się tego sama – metodą partyzantki, czasem na oślep. Wbrew tak zwanej kulturze osobistej i oczekiwaniom społecznym. Kiedy mnie wołał, a ja czułam, że to za dużo w tym momencie, zdarzało mi się udawać, że nie słyszę…, czasem uciekałam ze szpitala. Czy byłam wredna, okrutna…być może, ale na tamten czas, tylko w taki sposób umiałam walczyć o siebie.
Pękłam, kiedy w hotelowej łazience, za małej i za ciasnej dla inwalidy, pomagając mu się załatwić zostałam niechcący obsikana. Wtedy się ze mnie wylało, przestałam kłamać, uciekać i oszukiwać, że nie słyszę, zaczęłam rozmawiać o swoich granicach, że nie odnajduje się w poświęceniu….
– Ja w Twoim poświęceniu się też nie odnajduje – powiedział T.
Przez pierwsze miesiące w tej całej bitwie podjazdowej, w tej partyzantce walczyliśmy o dobrą jakość naszego życia. Jeśli kiedyś nadejdzie lepszy czas, choroba złagodnieje, albo pozwoli nam już głębiej oddychać, chcielibyśmy mieć o czym rozmawiać, żeby była ochota spojrzeć na siebie, dotknąć się…
Byłam świadkiem zmian jakie zachodziły w relacjach innych par będąc w szpitalu. Kiedy choroba odpuszczała, nie była już tak świeża, czy tak ważna, to nagle między ludźmi pojawiała się pustka, jakby odszedł ktoś bardzo ważny, bliski… pozostawiając zagubienie i CISZĘ… Wierzyłam, że lekarstwem na chorobę jest pielęgnowanie tych zdrowych części, kawałków rzeczywistości, ale również pozwolenie aby te chore wybrzmiały, wypowiedziały się i wypłakały.

 

Autorka: Kasia Nowicka – Mandes