Instytucje, które chcą nas stłamsić, muszą wiedzieć, że się nie poddamy bezprawiu – wywiad z Pawłem Kasperkowiczem

Klub 7 Fit otworzył się we wrześniu 2020 r. Poprzez wiele miesięcy prób dostosowywania się do wciąż zmieniających się wytycznych sanitarnych funkcjonował zgodnie z nimi. Liczne inspekcje sanepidu nie wskazywały żadnych uchybień. W kwietniu 2021 r. klub został zamknięty decyzją Powiatowego Inspektora Sanitarnego. – Jako obywatele jesteśmy nie tylko zdani wyłącznie na siebie, pomocy nie otrzymaliśmy żadnej, ale również jesteśmy nękani i poddawani restrykcjom – mówi Paweł Kasperkowicz – prezes klubu. 

Jak funkcjonujecie po 7 miesiącach lock downu?

Chcemy pokazać, że się nie damy stłamsić. Pomimo licznych restrykcji i nadużywania władzy od organów państwowych.

Zdecydowaliście się na otwarcie klubu pomimo niepewnej sytuacji pandemicznej?

Obecnie obsługujemy ok. 50 osób, a obiekt jest przystosowany do 2 tys. osób. Nasze koszty miesięczne znacznie przewyższają 100 tys. zł. Instytucje, które chcą nas stłamsić, muszą wiedzieć, że się nie poddamy bezprawiu.

Wcześniej klub należał do sieciówki, która nie wytrzymała problemów. Ja i mój wspólnik jesteśmy sportowcami, więc postanowiliśmy klub odkupić. Żal mi było ekipy, która tu pracowała, siłownia byłam ich drugim domem, mieli na utrzymaniu rodziny, więc postanowiliśmy „podnieść” klub. Problem polega na tym, że żadne tarcze pomocowe nas nie objęły, więc jesteśmy zdani wyłącznie na swoje własne finansowanie i pomysły.

Klub otworzyliśmy 1 września, a prawdziwy lockdown dla tej branży pojawił się 15 października. Mieliśmy zbyt mało czasu, żeby stać się rozpoznawalną marką na rynku. Korzystaliśmy z wyjątków w przepisach i obsługiwaliśmy osoby, które miały uprawnienia, albo przygotowywały się do wydarzenia sportowego. W styczniu sytuacja się zaostrzyła, bo według nowego rozporządzenia z klubu mogły korzystać wyłącznie osoby, które są w kadrze narodowej, między innymi polskich związków sportowych. Wstąpiliśmy do jednego z tych związków, jako jedni z pierwszych w Polsce. Mówię tu o Polskim Związku Przeciągania Linyale mamy też zawodników triathlonu, pływaków, lekkoatletów czy alpinistów.

Przeszliśmy w tym czasie liczne kontrole Sanepidu, nie znaleziono żadnych nieprawidłowości.

Od 1 kwietnia przepisy stały się niespójne. Nas dotyczył głównie paragraf 9. tego rozporządzenia. Były w nim 2 ustępy. Niestety wykluczające się wzajemnie i niespójne. Pierwszy mówił, że z obiektów takich jak siłownie, mogą korzystać osoby będące członkami kadry narodowej polskich związków sportowych w sportach olimpijskich. To czy przeciąganie liny jest sportem olimpijskim, czy nie – jest sprawą dyskusyjną i zależy od interpretacji. Załóżmy, że według tego ustępu nie możemy funkcjonować. Pojawił się jednak też ustęp równoważny, który mówił, że możemy organizować zajęcia sportowe dla osób, które są członkami kadry narodowej (nie mówimy tu już o sportach olimpijskich). Mówiono też o tym, że korzystać z siłowni mogą osoby, które są stypendystami. A stypendium można otrzymać na zasadach zgodnie z ustawą o sporcie. Nasz klub sportowy przyznał jeszcze w marcu takie stypendia wszystkim zawodnikom trenującym w klubie, którzy wypełniają cele statutowe.

Organy widziały to inaczej. Kontroli z sanepidu była kilka, wzmogły się również kontrole policji. Początkowo przychodziło do nas po dwóch, pięciu, dziesięciu funkcjonariuszy, pod koniec nawet około dwudziestu. Spisywali ludzi z imienia, nazwiska, peselu i weryfikowali jakie te osoby mają uprawnienia. W kwietniu sytuacja eskalowała, sanepid kontrolował nas w asyście policji i służby celnoskarbowej. Policjanci przychodzili 2, 3 razy dziennie, potrafili straszyć karami, być nieprzyjemni.

Wcześniej trenowało u nas sporo mundurowych, około miesiąc przed wzmożonymi kontrolami zniknęli. Nieoficjalnie wiem, że dostali takie polecenie.

Bali się, że stracą pracę?

Rozumiem ich, że mają kredyty i nie chcą stracić pracy. Ale ja też oczekuję zrozumienia w drugą stronę. Nie chcę, aby nasi ludzie tracili pracę, nie chcę tracić oszczędności życia, które zainwestowaliśmy w klub. Przecież ja i wspólnicy wpadamy w trudną spiralę finansową.

Dnia 7 kwietnia Powiatowa Inspekcja Sanitarna, kontrolując nasz klub, nie znalazła żadnych nadużyć w kontekście sanitarnym jak również uprawnień trenujących zawodników. 9 kwietnia, czyli 2 dni później, pomimo tego, że przepisy, które nas dotyczą, nie zmieniły się w żaden sposób, kolejna kontrola nie wykazała żadnych nadużyć sanitarnych, ale stwierdzono, że trenujący zawodnicy nie mają uprawnień do korzystania z obiektu, dziwne, bo to takie same osoby co w kontroli poprzedzającej. Oczekiwano od nas zamknięcia pod wpływem nacisku i strachu. Bez podania przyczyny. Jednak nie ugięliśmy się do chwili wręczenia decyzji z nakazem natychmiastowego zamknięcia.

Zawsze przyświecało nam działanie legalne i transparentne. Uważam, że nie złamałem żadnych przepisów.

Dlatego poinformowaliśmy klubowiczów przez media społecznościowe, że z decyzją się nie zgadzamy i ponownie otwieramy klub 12 kwietnia, zapraszając wszystkich na kawę. Przyjechało wtedy 13 funkcjonariuszy ze służbą celnoskarbową i dwie panie z sanepidu. Nikt wtedy nie trenował. Były tylko 3 osoby z obsługi, a funkcjonariuszy było kilkunastu. Kto stwarzał zagrożenie epidemiologiczne?

Jak dochodziliście swoich praw wobec tych nadużyć?

W związku z tym, że z decyzją się nie zgadzałem, odwołałem się od niej, jednak najpierw poprosiłem o udzielenie odpowiedzi, czy możemy wykonywać dodatkową działalność pozwalającą nam przetrwać, chociażby edukacyjną. Otrzymałem odpowiedź dopiero po półtora tygodnia – po kilkudziesięciu nieskutecznych telefonach udałem się osobiście do sanepidu, żądając spotkania z panią inspektor, otrzymałem po 30 minutach czekania pismo, że inspektor nie jest organem od interpretacji przepisów prawa. Zatem w jaki sposób podjęli decyzję o zamknięciu, gdzie powołali się na przepisy rozporządzenia?

Zapytałem tylko, czy mogę prowadzić inne formy działalności klubu, aby wiedzieć, że działam zgodnie z prawem. Okazuje się, że najpierw muszę samodzielnie podjąć ryzyko, być może złamać prawo i dostać karę, bo stosowny organ nie jest w stanie odpowiedzieć na kilka pytań.

W związku z brakiem współpracy i zrozumienia od razu złożyłem kilkustronicowe odwołanie oraz wniosek – uzasadniony przepisami kodeksu postępowania administracyjnego – o wstrzymanie wykonania decyzji do czasu rozpatrzenia odwołania. Przecież organy państwowe powinny działać w takich sytuacjach niezwłocznie, bo sytuacja ekonomiczna jest trudna. W odpowiedzi na odwołanie i wspomniany wniosek dostałem pismo informujące o wszczęciu postępowania administracyjnego o nałożenie kary. Wyobraź sobie, że w decyzji nie nałożono nam kary, zrobiono to dopiero po napisanym odwołaniu. Jak mam to rozumieć?

Mija 30 dni od złożenia odwołania i wniosku o wstrzymanie wykonania decyzji, organ rozpatrujący wzywa mnie w końcowym terminie o dodatkowe dokumenty, które wcześniej uzyskał inspektor powiatowy, wniosku w ogóle nie rozpatrzono, uważam to za celowe działanie, świadomą próbę doprowadzenia do bankructwa przedsiębiorcy, który płaci podatki, z których pracownicy tych organów żyją. Absurd.

Co jest najtrudniejsze w waszej sytuacji?

W samym organie wydającym decyzje są niezgodności co do interpretacji przepisów. Jako że na co dzień mam sporo do czynienia z przepisami prawa, zachodzę w głowę, jak organy państwowe nadużywają swoich kompetencji, łamiąc tym samym prawo. Jako obywatele jesteśmy nie tylko zdani wyłącznie na siebie, ale również nękani i poddawani restrykcjom. W międzyczasie uzyskałem opinię, interpretację z Ministerstwa Rozwoju, gdzie pracują radcowie prawni zatrudnieni na stanowisku radcy ministra. Są to osoby, które fachową wiedzę posiadają. Otrzymana interpretacja wskazuje jednoznacznie, że na dzień wydania decyzji o zamknięciu (9 kwietnia), ale i w dniach kolejnych, prowadziłem działalność zgodnie z prawem.

Jeżeli ktoś podejmuje decyzje na podstawie części przepisów, nie zważając na kolejne, to powinien mi napisać, dlaczego tak robi. Zamierzam dochodzić swoich praw w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym i nie tylko. Chociażby dla zasady.

Czy zamierzacie nadal działać pomimo strat finansowych i kosztów emocjonalnych?

Tu chodzi o przetrwanie. Im droższy i bardziej wymagający lokal, tym bardziej spada rentowność. W naszym przypadku 2 miesiące zamknięcia powoduje, że przez kolejny rok, może dłużej, będziemy próbować odrabiać straty. Gdybyśmy powiesili kłódkę na drzwiach 15 października, straty odrabialibyśmy kilka lat, co mija się z celem, tym bardziej że sprzęt po kilku latach będzie do wymiany, a koszt zakupu nowego to około półtora miliona zł. Bardzo prawdopodobne też, że tak długie zamknięcie zmusiłoby nas do likwidacji klubu.

Jednak dochodzisz swoich praw…

Z wykształcenie jestem nie tylko sportowcem, ale i prawnikiem, interpretować przepisy potrafię. Dzisiaj ciężko jest interpretować i stosować przepisy, nawet jeśli prawo jest po mojej stronie. Dostajesz komunikat od służb: „Zamknij, bo musisz zamknąć.” Bez uzasadnienia. Co tydzień są zmieniane rozporządzenia. Dzieje się to np. o godz. 21 w piątek. Wchodzą w życie od soboty. Jeśli ktoś sam nie zrozumie tematu, to nawet nie jest w stanie uzyskać interpretacji od prawnika w tak krótkim czasie. W samym kwietniu rozporządzenie, które nas dotyczy, zmieniało się 5 razy.

Jak się czujesz dziś?

Ogromny stres. Kontrole, brak pomocy od państwa, zakaz prowadzenia działalności zgodnej z prawem. Nękania, kilkunastu funkcjonariuszy w klubie, który jest dla wielu ludzi drugim domem, straszenie karami. Czuję się bezradny. Ktoś tu nadużywa swojej władzy. Chcę działać, stosując się do wszystkich przepisów, ale instytucje nie chcą działać partnersko. Rozporządzenie jest wydane w sposób niekonstytucyjny, nikt z kontrolujących organów nie chce mi zaopiniować tego rozporządzenia, pomimo licznych próśb, a pozyskaną interpretację ministerstwa rozwoju ignorują. Chcę działać zgodnie z wytycznymi organów, ale przestałem wierzyć w to, że żyjemy w kraju prawa. Żyjemy w kraju, gdzie przepisy robi się na kolanie w nocy, publikuje się je bez podania do wiadomości publicznej. Przepisy zmieniają się raz w tygodniu, a jeśli nie zdążysz się zapoznać i zmienić swojej wewnętrznej procedury, to możesz liczyć na wysokie kary.

Tworzyliśmy to miejsce, żeby ludzie mieli fajny klub. Dziś musimy zajmować się walką o przetrwanie.

Rozmawiała Dorota Pawelec