Ciało jest do kochania a nie tresowania

Temat cielesności był mi niezwykle bliski od „zawsze”. Od dziecka bardzo intensywnie czułam swoje ciało. Niestety, przez długie lata były to odczucia piekielnie trudne. Jako dziewczynka czułam się uwięziona we własnym ciele. Postrzegałam je jako tłuste, wstrętne, grzeszne i nieustannie domagające się jedzenia. Tętniła w nim – tak niepojęta, jak arcytrudna do opanowania – energia niepokoju. Gdy stałam się nastolatką, owo buzowanie tylko się nasiliło. Do odczuć wcześniej opisanych, dołączyło uświadomione podniecenie seksualne. Odzywało się codziennie i z nasileniem tak potężnym, że można by nim zasilać akumulatory. Ukojenia tego nieznośnego napięcia szukałam w kompulsywnej, histerycznej wręcz masturbacji. Zdarzało mi się wywoływać orgazm nawet 15 razy pod rząd.

Mając 13 lat zaczęłam się radykalnie odchudzać. Żywiłam się przeważnie twarożkiem, jabłkami i paluszkami. Środki przeczyszczające pomagały mi utrzymać lekkość brzucha. Romansowałam z anoreksją kilkanaście miesięcy. Najniższa waga do jakiej dobiłam to 44 kilogramy.

Wtedy myślałam, że jedyną motywacją jaka mną kierowała, jest utrzymanie szczupłej sylwetki. I faktycznie – na poziomie mojej ówczesnej świadomości tak było. Chciałam się podobać, a szczupłe ciało było dla mnie głównym wyznacznikiem kobiecej atrakcyjności. Dopiero wiele lat później dowiedziałam się, że anoreksja – podobnie jak inne zaburzenia odżywiania, zaburzenia osobowości, czy uzależnienia – ma podłoże emocjonalne. W książce „Toksyczny wstyd” Johna Bradshawa, amerykańskiego terapeuty, autora bestsellerowych książek (m. in. „Powrót do swego wewnętrznego domu”, „Zrozumieć rodzinę”), przeczytałam: „Anoreksja jest skrajnym przykładem podstawowego mechanizmu toksycznego wstydu – odrzucenia własnego człowieczeństwa. Anorektyczki wyrzekają się sfery emocjonalnej poprzez odmowę jedzenia, (…) stawiają jakby znak równości między pokarmem a emocjami. (…) Wiara, że można żyć bez jedzenia świadczy o całkowitym odrzuceniu swoich ludzkich ograniczeń, jest próbą bycia nadczłowiekiem.”

Zapisuję ten cytat i przychodzi do mnie gorzkawo-drapiący wniosek. O tak! Długie lata próbowałam być nadczłowiekiem. Odcinałam się od swoich emocji na wiele innych, niż głodówki sposobów. Wszystkie realizowałam przy pomocy mojego ciała. Najpierw faszerowałam je kilogramami żarcia. A kiedy mój żołądek wypełniał się po brzegi „wyrzygalności”, tak że z trudem łapałam oddech, rozpoczynałam proces uwalniania się od pożartego jedzenia. W mojej książce „SCHEMATRIX W klatce ‘normalności’” opisałam to tak: „Wisiałam nad kiblem obśliniona, załzawiona, z resztkami rzygów na policzkach. Rozpaczliwie grzebałam palcami w gardle, by wydobyć z siebie to, co przed chwilą było moim ukojeniem.” I tak niemal codziennie, przez ponad 17 lat.

Inną – równie upadlającą jak objawy bulimiczne – torturą, jaką poddawałam moje ciało było pozwalanie mężczyznom, by traktowali je, jak żywy przedmiot. Tu chciałabym wyjaśnić coś bardzo ważnego – tortura miała głównie charakter emocjonalny. Poczucie upokorzenia wywoływał we mnie fakt, że dopuszczałam do sytuacji, w których moje ciało było traktowane jak narzędzie do zaspokajania cudzych kaprysów. Jakby było zabawką do użycia, a nie żywą, czującą istotą. Dopuszczałam do tego, bo nie potrafiłam stawiać granic tam, gdzie stawiać je potrzebowałam.

Poza upokorzeniem kłębiło się we mnie mnóstwo innych emocji i stanów emocjonalnych. Od poczucia winy i potwornego wstydu, przez obrzydzenie do siebie i tych mężczyzn, którym nie umiałam odmówić, po wściekłość i gniew wyrastające z bezsilności. Te i wiele innych odczuć kumulowało się w moim ciele.

Był w tych wszystkich niszczących mnie zachowaniach jeden kluczowy łącznik – oblepiająca, miażdżąco-zniewalająca, wżerająca się w najgłębsze zakamarki duszy, nienawiść do własnego ciała. Owa nienawiść była skomplikowanym, wielowarstwowym, długotrwałym stanem emocjonalnym, a nawet postawą wobec samej siebie. Doświadczałam jej wielorako. Z jednej strony, czułam do mojego ciała, momentami wręcz porażającą pogardę. Były chwile, kiedy patrzyłam na swoje uda czy brzuch i wzbierał we mnie wstręt. Ten ohydny cellulit, te paskudne fałdy, to okropne poczucie napompowania!!! Oooo! Jak ja wtedy nie chciałam żyć w tym cielsku!!! Jak ja nie chciałam być tym cielskiem!!! Czułam się jak monstrum. Z drugiej strony, kiedy miałam głodny, pusty brzuch, lubiłam moje ciało. Lubiłam, a nawet uwielbiałam doznania, jakich mi dostarczało. Uwielbiałam seks z mężczyznami, którzy mi się podobali i do których mnie ciągnęło to elektryczno-magnetyczne „coś”. Uwielbiałam ubierać się w leciutkie, zwiewne fatałaszki i kołysać biodrami, przechadzając się na szpilkach. Uwielbiałam całą feerię doznań zaklętych w męskim dotyku – od pocałunków w szyję, przez seks oralny, po ekstatyczną, dziką kopulację. Ale świadomość, że odczuwałam to wszystko, napawała mnie wspomnianymi wcześniej poczuciem winy, wstydu i obrzydzenia do siebie.

Do powyższych odczuć dochodziły inne, jak ambiwalentny stosunek do czynności jedzenia, która była dla mnie na zmianę rozkoszą smakowania i katorgą wymiotowania. Dręczyłam moje ciało także przy pomocy piekielnie niewygodnym ubrań, w które wbijałam się „żeby ładnie wyglądać”.

Bywało, że w napadach furii brutalnie szczypałam się po brzuchu, biłam po twarzy i udach albo szarpałam za włosy. A kiedy atak wściekłości mijał, rozładowywałam resztę napięcia kilkoma orgazmami. Moje ciało to absolutnie niesamowita istota. Nikt nie wycierpiał przeze mnie tak dużo i nikomu nie dałam takiej ilości ekstazy, jak jemu.

Prócz tego, że dręczyłam swoje ciało opisanymi wyżej zachowaniami, „dowalałam” sobie, jako istocie płci żeńskiej ekstremalnie negatywnymi przekonaniami. Przez wiele lat żyłam w przeświadczeniu, że istnieją kobiece ciała, które na żywo wyglądają tak perfekcyjnie, jak na zdjęciach. Patrzyłam na fotografie kobiecych „ideałów” z mieszanką jadowitej zawiści, skręcającej zazdrości, bezsilnej rozpaczy i tłumionej złości. Byłam pewna, że kobiety o nieskazitelnej, zawsze gładkiej cerze, skórze bez grama cellulitu i muskularnym, wiecznie płaskim jak patelnia brzuchu, istnieją naprawdę. Podobnie jak byłam pewna, że można być jednocześnie żywą istotą, podlegającą prawom natury i wyglądać cały czas jak awatar ze zdjęcia obrobionego w programie graficznym.

 

Jak to możliwe, że z osoby, która skrajnie nienawidziła siebie i swojego ciała, była jednym wielkim kłębowiskiem kompleksów i negatywnych przekonań i swoim największym katem, przetransformowałam się w kobietę, która jest obecnie w życiowej, stale rosnącej formie, kocha siebie najbardziej na świecie i jest swoim najbliższym przyjacielem? Odpowiedź – oczywiście w ogromnym skrócie i uproszczeniu – można zamknąć w trzech słowach na „w” – wiedza, wiara, wytrwałość. Wiedza mądrych, wybitnych praktyków, takich jak Gabor Mate, Bruce Lipton, John Bradshaw, Susan Forward, Alexander Lowen, Peter Levine i wielu innych ekspertów-empiryków, przyniosła mi zrozumienie przyczyn moich problemów.

Wiara w to, że wszystko to, co mnie spotkało, zarówno bez mojej woli, jak i na skutek decyzji i działań, które podjęłam, ma głęboki, wielki sens. I że jestem na tym (Wszech)świecie, w tym konkretnym momencie jego dziejów, bo mam tu do wykonania unikatowe, niepowtarzalne zadania. I że tylko ja mogę je wykonać, że nikt mnie nie zastąpi, ani nie powtórzy. I dlatego jestem tak ważna i potrzebna, jako ta konkretna istota, w tym konkretnym ciele. Ciele, dzięki któremu mogę doświadczać różnorakiej rozkoszy, bo „to ono przytula się do ciepłych, kochanych przeze mnie ciał bliskich mi osób. To dzięki sprawności jego zmysłów mogę się zachwycać widokiem pełni księżyca, szumem lasu czy miękkością sierści mojego psa. To dzięki niemu dociera do mojego umysłu piękno muzyki i literatury. To ono pozwala mi tworzyć, budować, dawać i brać dobro. To dzięki niemu mogę smakować świat”.(cytat to fragment mojej książki).

Wytrwałość to – według mnie – absolutnie kluczowa, fundamentalna postawa życiowa, jaką warto wypracować. Dlaczego? Bo dzięki niej możemy zbudować niezliczoną ilość innych, ultra ważnych dla naszego rozwoju (rozumianego jako ewolucja) postaw, nawyków i umiejętności. To dzięki wytrwałości zbudowałam i utrzymuję wszystkie swoje zamierzone efekty, jak piękne, super sprawne ciało, warsztat pisarski czy biegłe wysławianie się podczas przeróżnych wystąpień na żywo.

Wiarę w siebie i wytrwałość, pomagam budować i wzmacniać moim klientkom podczas kursów, warsztatów, sesji i współpracy mentoringowej, które prowadzę, natomiast cząstką mojej praktycznej wiedzy, chcę podzielić się w kolejnym artykule.

Oto maleńka, ale ultra ważna cząsteczka wiedzy o ciele i emocjach, jaką – w moim najgłębszym przekonaniu – warto by posiadła każda kobieta.

Fot. Unspalsh

Redakcja i korekta tekstu – Kamila Rudnicka

 

 

Nazywam się Magda Adamowska. Jestem autorką książki „SCHEMATRIX W klatce ‘normalności’ i miniporadnika „NAJLEPSZE DLA CIEBIE. O wychodzeniu z uzależnienia bez ściemy, cenzury i pustych teorii”. W 2016 roku stworzyłam projekt „Zdrowa Szczęśliwa Kobieta”. W ramach tego projektu przeprowadziłam ponad tysiąc godzin działań proedukacyjnych (wystąpień publicznych, webinarów oraz warsztatów stacjonarnych i kursów online). Zorganizowałam także happeningi uliczne – „STOP przemocy” i „Ciało jest do kochania”. Od 2018 pomagam kobietom wyjść z zaburzeń odżywiania, zmienić negatywne przekonania na własny temat oraz zaakceptować i pokochać swoje ciała