Cesarz i Papież – duet, który trzyma za gardło

 

Droga Alicjo,

Pytałaś o to, czy trzymam się na powierzchni, a ja Ci odpowiem, że oto próbuję. Balansuję pomiędzy słusznością, a szaleństwem z zainteresowaniem obserwując całe moje miasto z lotu ptaka.

Wiem, że złościsz się, kiedy się wznoszę, bo znasz już ten stan, gdy zbyt długo znajduję się nad ziemią. Wszystkie Anioły muszą mnie pilnować. Czasem jednak muszę „odlatywać”, aby móc spojrzeć na tę ziemię spowitą ogniem. Lubię ten obraz, bo mam umiejętność ratowania nie tego, co mi wpadnie w ręce, ale tego, co warte uratowania. Oddzielam zatem ziarna od plew, a Ty i inne anioły trzymacie mnie na wstążce niczym czerwonego balonika, abym całkiem nie odleciała. Nie znam parametrów wysokości, na której najbezpieczniej się utrzymać. Ufam więc Tobie i Tobie podobnym, że wiecie jaka powinna być długość te wstążki.

Skąd? Nie wiem właśnie. W zasadzie to wygląda na to, w tej sprawie do Ciebie piszę, droga Alicjo. Wiedz, że nie mam zasad. Zasad, wartości. Nic

Kiedy się zastanowię to dochodzę do wniosku, że nawet nie wiem, czym są. A gdy już wymyślę sobie jakiś pretekst, że istnieć muszą, to zastanawiam się, po co?

I tak naprawdę to nadal mam z nimi na bakier. Stoją tak obok mnie i Cesarz i Papież i surowym wzrokiem chcą mnie przywołać do porządku. No, ale właśnie. Jakiego, do cholery porządku?

Kiedy zaczynam rozmyślać na jakikolwiek temat, moje wypociny kończą się stwierdzeniem, że ten, co zaczął, jakiś tam Platon czy Sokrates to chyba trochę przegiął. Wymyślił bowiem wartości, które przez wieku wieków stały się uniwersalne. Czyli to niczego.

Czekałam długo, aby napisać do Ciebie o Cesarzu i Papieżu, bo wydawało mi się, że będę mogła się wymądrzać w nieskończoność i obalać sobie frywolnie wszystkie ich tezy, bo przecież mogę! I właśnie tak to jest. Z zasadami i wartościami można zrobić wszystko, co się chce: wynaturzać, zmieniać, wyśmiewać, dostosowywać do potrzeb, powoływać się na nie, gdy nie mamy argumentów.

Mój Tata czasem miał zrywy, jeżeli chodzi o ustalanie nowych zasad w domu. Na przykład, w zależności od okoliczności mówił „takie zasady obowiązują w tym domu”. Mówił to jednak wyrywkowo, w zależności od tego, jak zawiał mu wiatr. Jednego dnia były zasady, innego dnia już nie było. To tak, jak kolejna ważna tabelka w korporacji, którą koniecznie trzeba wypełniać, a która potem okazuje się być nikomu do niczego niepotrzebna. Wszyscy o niej zapominają, łącznie z jej pomysłodawcą.

Ale, kiedy słyszę „mam zasady” – serio, trochę zazdroszczę

Nie umiem odpuszczać, głównie sama sobie. Nie wiem jakich słów użyć, aby opisać chaos, który miewam w głowie. Moja terapeutka pewnie powiedziałaby, że to lęk. Ja to nazywam momentem, w którym dochodzę do ściany. Chrzanię to, co jest lękiem, a co strachem, wściekam się sama na siebie za to, że nie umiem wyjść z własnej skóry. Umiem mówić ładnie, a w moim życiu bywają dni, że płaczę jak mała dziewczynka. Płaczę, bo nie znam granic i nie wiem, co robić. Płaczę, bo nie wiem tak naprawdę, kiedy należy i warto odpuścić. Kiedy wolno?

I znowu się wściekam: na początkujące piosenkarki, przepiękną wiolonczelistkę i nagłówki artykułów. Na ignorancję, na moją samotność, na przeklinanie piękna.

Zasadami można się doskonale wykręcić i uciąć każdą dyskusję stwierdzeniem, że oto takie są nasze zasady.

Czego więc zazdroszczę? Tego momentu, kiedy wiesz, że należy przestać. Tego, że wiesz, kiedy koniec i umiesz odpuścić. Nawet, jeśli boli. Tego, że umiesz odpuścić nie dlatego, że słuchasz swojego strachu i szukasz wymówki, ale dlatego, że doskonale wiesz, co czujesz i wiesz, co dalej robić, aby ochronić siebie. To są dopiero cholerne zasady.

Myślisz, że zasadą jest bycie wiernym? Wszyscy odpuścimy sobie przy pierwszej okazji, gdy uznamy, że stało się coś, co nie miało prawa się stać, coś wyjątkowego. Nazwiemy naszą zdradę wyjątkiem od reguły, bo „w naszym przypadku jest inaczej”. Nie jesteśmy przecież tacy jak wszyscy, jak wszyscy inni, my mamy zasady. Jeżeli nie zdradzamy, to głównie dlatego, że stawka jest zbyt wysoka.

Nie zostawia się bliskiej osoby w potrzebie? Czekajmy tylko aż zacznie nas to przerastać. Znowu będziemy wyjątkiem od reguły.

Zasady są tylko w filmach, Alicjo. Tak się bowiem tworzy bohaterów, tak się tworzy fikcję. Kupujesz ją w taki sam sposób jak wsparcie coach’ów, batoniki Ani Lewandowskiej, piękne życie Twoich znajomych na Instagramie. Znam takich, którzy kupują nawet własne życie na Instagramie.

Nie ma czegoś takiego, kochanie, jak zasady. To pojęcie wymyślone po to, aby móc mieć na co zrzucić swój strach, swoje tchórzostwo lub ignorancję.

Wspomniany Cesarz, którego bodaj znasz, to człowiek, który umie pilnować swojego królestwa. Niby to dobry człowiek, ludzie go szanują. Stoi na straży i manifestuje swój miecz.

O takim już wiesz, że podejść się nie da, bo głowa poleci. I nie przegadasz go, nie będzie Cię słuchał, bo ma zasady, że nikogo i nigdzie nie wpuści. Cesarz to „cztery”, cztery rogi, cztery kąty, cztery ściany. Coś, co da się zamknąć, najlepiej na zawsze. Nie pogadasz z takim, odbijesz się od ściany. Tak wygląda rozmowa z twardogłowym. Z każdym razem, gdy pytałam Cesarza odpowiadał, że ma swoje zasady. Gdy jednak prosiłam, aby wyjaśnił, okazywało się, że to jego zaklęcie, taka pieczęć, którą chce zabezpieczyć skrzynię. W skrzyni tej zamknął swoje uczucia, emocje, czyli wszystko. Nie da się przecież ich kontrolować, więc je zamknął w cholerę. Sądzisz, że będę się dobijała? Cesarz gardzi takimi jak ja, w życiu mi nie otworzy. Otworzy tym, co potrafią oszukiwać tak, jak on.

Papież? Ten to ma pieczęci prosto z Watykanu, więc „nie w kij dmuchał”. Zasady, wartości święte. Nie podskoczysz… Ten jest gorszy, bo wymyśla zasady nawet tam, gdzie nie są potrzebne. Lubi się nimi otaczać jak dyktator pomnikami.

Pracuję w fabryce kurzu, w stercie papieru, droga Alicjo. Otacza mnie tysiąc pięćdziesiąt regulaminów i rozporządzeń. Mam specjalna rozpiskę o tym, co jest ważniejsze. I, jak zapewne się domyślasz – do żadnych się nie stosuję. Nie, nie mam natury rewolucjonisty. Ja po prostu nie umiem ich słuchać i skutecznie nic sobie z nich nie robię. One powstały, bo ludzie, którzy je tutaj wymyślili chcieli pokazać, że ich praca wre i nie to, że siedzą i nic nie robią. Jest zgoła inaczej – siedzą, nic nie robią i piszą regulaminy. Wątpię przecież, aby wierzyli w to, że dzięki temu coś kontrolują.

Mój pierwszy mąż przeważnie nie miał zasad. Ale bardzo chciał, wierz mi na słowo. Co jakiś czas, gdy wymyślał nowe, obwieszczał, że oto teraz będzie tak i tak. Strasznie się wtedy nakręcał, jakby odkrył nowy ląd. Jakby nikt przedtem tego nie wymyślił. Postępował podobnie jak mój Ojciec, bo też uczył się życia w trakcie życia. Eksperymentował zatem. Jeden i drugi. Na mnie. W głowie się od tego kręciło. Jeden i drugi nie widział niczego złego w tym, aby mnie nie szanować. Gdy jednak chodziło o pokazywanie się na zewnątrz uważali, że nie powinnam być niestosowna. Żona. Kobieta powinna być prawilna, czysta i subtelna. Nie przeszkadzało to ani jednemu ani drugiemu zachowywać się jak chuj. Mój mąż potrafił znikać na kilka dni, lubił obleśne żarty i przegrać w kasynie masę pieniędzy. Nie szanował przepisów, prawa, cudzych wyborów, lubił kontrolować i uważał, że dzieciom lanie nie zaszkodzi. Lubił ostry sex, mocny alkohol i czerwone usta, szybką jazdę samochodem i awantury. Lubił swój porządek i ważne dla niego było tylko to, co jego. Ale żona ma być prawilna i chodzić do Kościoła.

Mój Ojciec bił mnie na rozkaz Matki nigdy nie pytając, za co. Nie potrafił sam podjąć jakiejkolwiek decyzji i ugotować ziemniaków. Był koszmarnym pantoflarzem, ale gdy wypił – zataczał się po ścianach i z papierosem w zębach mówił o sobie, że jest mistrzem w „pieprzeniu”. Mojej Matki, jak się domyślasz.

Gdy wymyślił nowe zasady wprowadzał je na cito. Czasem nawet nie wiedziałam, ze zostały wprowadzone i wróciwszy do domu nie wiedziałam, że zmieniła się godzina, o której mam być w domu. Dostałam więc w pysk za brak zasad. Ojciec zaś mówił o sobie, ze jest zwykłym, skromnym robotnikiem i jego „słabości” również są zwykłe i skromne. Zasady jednak musza być – dzięki nim czuł się większy niż był w rzeczywistości.

Kiedy patrzę na tych dwóch, odwracam głowę. Każdy z nich, pojedynczo nie wkurza mnie tak bardzo, jak oboje razem. I Cesarz i Papież

Opowiem Ci, Alicjo krótką historię. Mój mąż wyczyniał tak różne rzeczy, że szkoda na to kartek, palców do pisania. To były permanentnie łamane obietnice, kłamstwa większe lub mniejsze, ciągłe próby, aby mnie przechytrzyć głównie po to, abym (umówmy się) odczepiła się od niego. Abym dała mu spokój i aby mógł być stuprocentowym facetem beze mnie. Chciał pić ile chce, robić, co chce, przegrywać, wgrywać, decydować, pozować, myśleć za mnie. Wydawało mi się, że nad tym wszystkim panuję, że mam nad tym kontrolę. Pieprzoną kontrolę.

Nie miałam jej, ale wówczas jeszcze tego nie wiedziałam. Wydawało mi się, że wiem gdzie jest bramka. Rozumiesz? Sądziłam, że wygram. Wierzyłam, że uporam się z hazardem, alkoholizmem, toksyczną relacją, ogromnym uzależnieniem i szantażem emocjonalnym. Sądziłam, że wygram z wymiarem sprawiedliwości, przechytrzę Diabła i zdążę przed Panem Bogiem.

Kiedy zdałam sobie sprawę, ze nic z tego nie będzie, osłabłam do tego stopnia, że rzuciłam się na mojego męża z pięściami. On był zadowolony, że to zrobiłam – mógł być pokrzywdzony i świetnie się z tym czuł.

Nigdy przedtem i nigdy potem nie czułam się tak słaba

W ostatnich dniach moja przyjaciółka przyszła do mnie i powiedziała, że jej mąż użył wobec niej siły fizycznej. Po ponad dwudziestu latach małżeństwa. On – ostoja spokoju, Ona – cudowna żona, Oni – zakochani. Jedno za drugim murem od zawsze. On – zakochany w niej po uszy. Wspaniali rodzice. Sielanka. Ona – silna i mądra. On – dobry i uczciwy.

Kiedy ją uderzył – nie poznałam jej. Nie, nie miała siniaków. Nigdy po prostu nie widziałam jej takiej osłabionej. Nigdy nie widziałam jej takiej zagubionej. Nagle nie wiedziała, co zrobić. Z silnej, przedsiębiorczej kobiety stała się rannym szczeniakiem, który z obawy przed kolejnym ciosem ucieka znowu do budy.

Wiesz co łączy te historie? Że tak naprawdę nigdy nie wiesz, kiedy należy coś skończyć, podjąć jakąś decyzję. Można stać z boku i mówić “ja to bym to, ja to bym tamto”. A w momencie, gdy życie pokazuje Ci “faka” wszystkie te prawdy, zasady, wartości – wszystko to idzie się jebać z hukiem.

Wiem, przeklęłam. Brzydko. Ale żadne inne słowo tu nie pasuje. To nie jest tak, że wali się świat, to nie tak, że wartości nie działają.

Alicjo, wiesz dobrze, że w takich sytuacjach wszystko idzie się jebać

Obie nie wiedziałyśmy, co zrobić. Obie nie wiedziałyśmy czy już należy podjąć jakąś decyzję. No bo co? Zapomnieć i przyjąć przeprosiny jak wówczas, kiedy ktoś nam nadepnie na palec?

Czekać na następny raz? I następny? i następny? Dawać się obrażać? Nadstawiać drugi policzek? Wymyślić genialny plan postępowania i działać w Jego myśl? Czuć się zwycięzcą?

Zawsze przychodzi moment, kiedy należy podjąć decyzję. Zabawne jest to, że dopiero z perspektywy czasu jesteśmy w stanie stwierdzić, kiedy to zrobiliśmy. Czyniąc to, często nawet o tym nie wiemy.

Błogosławieni, którzy zawsze wiedzą, kiedy należy powiedzieć “dość”.

Mam w domu zdjęcie mojego byłego męża. Stoi na ołtarzu i czyta pismo święte. To czas komunii świętej naszej młodszej córki. Ona, wpatrzona w niego jak w wielki autorytet i on mówiący o wielkich wartościach. On, wycierający sobie mordę wiarą, nadzieję i miłością.

Powiedziałam wtedy sama do siebie “Mój mąż, pastor”.

Dziś, z perspektywy czasu wiem, że wtedy, gdy go uderzyłam, stałam się bezsilna i to był moment, kiedy istotnie miałam dość. Upadłam na ring. Byłam na deskach. Już kilka razy wcześniej sądziłam, że już tak byłam. Na przykład, kiedy mąż doprowadzał mnie do szału, a głównie wtedy, gdy umierałam ze strachu o niego. Ale nie – na deski upadłam wtedy, kiedy go uderzyłam. Potem już była tylko równia pochyła.

Papież mi nuci melodię o tym, że są chwile, kiedy nie wystarczy już tylko mówić o miłości do siebie. Bo dla Boga to być może oczywiste. Papież mówi o tym, że należy trzymać się kilku, podstawowych zasad bezpieczeństwa.

1. Jeżeli jesteś chora – idź do lekarza.

2 Jeśli tracisz punkt odniesienia – idź na terapię.

3. Jeśli grozi Ci niebezpieczeństwo – bierz nogi za pas.

Są bowiem chwile, kiedy nie ma już najmniejszego sensu mówić o miłości. Nie można o niej mówić, gdy jej nie ma. Jeżeli ktoś Cię nie szanuje, a Ty uważasz, że nie możesz bez tej osoby żyć i mylisz miłość z uzależnieniem emocjonalnym – patrz punkt trzeci.

Energię cesarza zostaw na momenty, kiedy już wiesz, co kochasz i co należy chronić. Ale nie rób tego za wszelką cenę, bo nic tu na tym świecie nie jest dane raz na zawsze.

Jeżeli połączysz jednak te dwie energie, to tak jakbyś wlała wodę do kwasu. A dobrze wiesz ze szkoły: “Jeśli nie chcesz stracić swej urody wlewaj zawsze kwas do wody”. Nie próbuj więc za wszelką cenę złapać życia za gardło.

Kochana Alicjo, widzisz sama, że ubolewam nad tym, że w moim życiu nie ma zasad. Ale to nie oznacza, że ono jest nieuzasadnione. Widzisz, jak się borykam z tym, czy powinnam trwać w miejscu, w którym jestem czy wiać, co sił, bo tacy jak ja zawsze czują się jak żołnierz w okopach. Zawsze czekają na cios.

Chcę więc chronić moją miłość, moją wiarę i nadzieję. I wiecznie się ścigam, czy pozwolić na otwarcie skrzyni, w której te cnoty zamknęłam, czy trzymać je za gardło i mieć je przy sobie. Dopóki się z tym szarpię – utrzymuję się na powierzchni.

 

Pola Jezierska – „Pisze się, aby utrzymać ranę otwartą”
Tomasz Mann

Piszę, aby rany posypać słowami. Niech sączy się z nich tak długo się, aż zabraknie słów.

Poznanie pomnaża cierpienie”, ale chęć poznania jest większa od strachu.
Piszę aby zrozumieć – nie po to aby tłumaczyć.

Widzę, słyszę, czuję, myślę i na przemian boję się, aby znów być odważną.

Piszę, bajam i rozmyślam.

Melomanka, marzycielka, poszukiwaczka i stara dusza.

Nie polonistka, nie filolog, nie filozof.

Znowu naprzemiennie: Posiadaczka niespożytej energii miłości do ludzi i Wszechświata, aby zaraz potem wszystkiego nie znosić i złorzeczyć.

Dwubiegunowa. Wzrost: średni.

Wiek: słuszny

Oczy: szaro-niebiesko-zielone
Usposobienie: brak