I KTO TO MÓWI? TERAZ BĘDZIE O MIŁOŚCI

Wszystko zaczyna się od miłości i, generalnie na niej się kończy. Kiedy odczuwamy zauroczenie – jest magia. Chce się żyć, wszystko jest jakieś prostsze. I wydaje nam się, że wszystko jest jasne, że ta druga osoba dobrze wie, co czujemy.

Na pewno wie?

Prawdopodobnie nie wie. Może jej się wydaje albo jej się wydaje, że jej się wydaje  Zabawa w „zgadnij, kto Cię kocha” może być czasochłonna, a domysły potrafią zniekształcić prawdę. Jak więc to wyznać? Wydawałoby się, że tak, po prostu: „zależy mi na Tobie i czuję do Ciebie coś więcej, niż za zwyczaj”. Kurtyna. Ale co wówczas, jeżeli osoba, której to wyznamy, okaże się niezainteresowaną tym, aby w tych uczuciach partycypować? Cudownie jest usłyszeć „Kocham Cię”, ale kto to powie pierwszy? Czy warto się narażać na odmowę? Na to, że druga strona odpowie: „Wybacz, jeżeli wysyłałem Ci jakieś sygnały….chyba źle to odebrałaś”. Dalej już nie ma sensu kończyć zdania. Już wtedy wiadomo, że „pobite gary”.

Właśnie. Wyznawanie miłości to jak zabawa w chowanego

Miejsce do „zaklepywania” w tej zabawie często jest mocno wyeksponowane po to, aby móc się jeszcze ścigać przy zaklepaniu. Wówczas są dodatkowe emocje. Wyścig na ostatniej prostej.

Kilka razy, w dzieciństwie zdarzyło mi się, że znalazłam tak dobrą „kryjówkę”. Taką, że choć właściwie mogłam już dawno się „zaklepać”, to tkwiłam w niej nadal, aby napawać się tym faktem, że tak dobrze się „schowałam”. A kiedy już znalazłam najlepszy moment – biegłam. Pamiętam, że biegłam przez cały plac i nikt mnie nie gonił. Towarzyszyło mi uczucie, że przechytrzyłam wszystkich, że to mój czas, bo super jest wygrywać, dostać coś. To był mój bieg.

Czasem, gdy wiedziałam, że nikt mnie nie goni, celowo zwalniałam, żeby dodatkowo napawać się tym moim biegiem po zwycięstwo. Tyle czasu siedziałam w ukryciu, więc biegnąc czułam się jak maratończyk. To takie dziecięce spełnienie – zaklepać się przed wszystkimi, wygrać, przechytrzyć, być bohaterem. Kiedy już podbiegałam do umówionego miejsca głośno krzyczałam: „Raz, dwa, trzy – za siebie!”. Rozejrzałam się za siebie – nikogo nie było. Dopiero po chwili, zza komórek zaczęli się wyłaniać moi podwórkowi znajomi informujący mnie, że oto, wcześniej nastąpiły „pobite gary!” Czyli, zabawa została wcześniej przerwana z różnych powodów (na przykład okazało się, że ktoś oszukiwał), a do mnie to nie dotarło. Prawdopodobnie dlatego, że siedziałam w swojej kryjówce i nikt nawet nie przypuszczał, że tam jestem, więc nie krzyczeli w moją stronę. Moja pamięć doskonale uwieczniła miny wszystkich, którzy spoglądali na mnie z uśmiechem mówiącym: „Myślałaś, że Ci się udało, co?” Wówczas się wykręcałam, że niby wiedziałam i tylko tak biegłam, ale to powodowało jeszcze większe salwy śmiechu. Okazało się, że wszyscy obserwowali ten mój bieg po zwycięstwo. Śmiechom nie było końca.

Z tym właśnie mi się kojarzy wyznawanie miłości. Z narażaniem się na pośmiewisko i brak możliwości cofnięcia się o krok, bo próby mówienia: „Wiesz, nie zakochałam się, to tak tylko…”, kiedy jest się już dorosłym jest trochę niepoważne.

Za mojego pierwszego męża wyszłam młodo, miałam dwadzieścia jeden lat. Nie wyznał pierwszy miłości, zapytał tylko, czy go kocham. Odpowiedziałam, że tak i on powiedział, że też. Potem stało się już normą: kocham Cię, kocham Cię kocham Cię – wszyscy mówią „Kocham Cię”. Nie zwracałam uwagi na słowa, bo wszyscy wiemy, że liczą się czyny. Wiemy to, kiedy jesteśmy już w związku. Jednak, kiedyś musiał być początek.

Po rozwodzie spotkałam kogoś, w kogo uwierzyłam, na nowo. Mężczyzna, w którym zobaczyłam przede wszystkim wnętrze i osobowość. Imponowała mi jego inteligencja i sposób, w jaki mnie słuchał. Zauroczyłam się.

Był bardzo zamknięty emocjonalnie. Czułam to. Czułam, że obudziłam w nim coś, co zdawało się być również zauroczeniem. Wydawało mi się, że tak właśnie jest. Rozmawialiśmy często, a ja czułam, że oprócz tego, że jestem zakochana, to dodatkowo zyskałam przyjaciela. Patrzyłam na Niego i uśmiechałam się. On również uśmiechał się patrząc na mnie. Sądziłam, że jest to obopólne. Zastanawiałam się, co zrobić z tym rodzącym się we mnie uczuciem. Mimo całego strachu przed tym wyznaniem czułam, że chcę się na nie zdecydować.

I wtedy przyśnił mi się ten sen 

Błądziłam pomiędzy domami i wydawało mi się, żI wtedy przyśnił mi się ten sen.e musze się schować. Czułam się zmęczona ciągłą ucieczką, ale do żadnego domu nie mogłam się dostać. Nagle, w małej wieżyczce dostrzegłam niewielkie, uchylone okienko. Odważnie, po wąskiej i chwiejącej się drabinie weszłam na górę. Uchyliłam okno i niemal „wpadłam” do wewnątrz. Był to ciemnoróżowy, okrągły pokój, a jedyne światło, które oświetlało wnętrze wpadało przez okno, przez które właśnie weszłam, a raczej wtargnęłam. Znalazłam się w wielkim, niezaścielonym łóżku, a dookoła rozrzucone były męskie ubrania, gazety i książki. Ściany wydawały z siebie odgłos jakby bijącego serca. Nagle, do pokoju wszedł On – mężczyzna, którego pokochałam. Spojrzał na mnie i, co prawda, nie był zaskoczony moją obecnością, ale wydawało mi się, że był nią zasmucony. Rozejrzał się dookoła, spojrzał znowu na mnie i powiedział: „Wolałbym, abyśmy poszli do Ciebie”.

Obudziłam się.

W realnym świecie faktycznie, poszliśmy do mnie – do mojego serca. Wyznałam mu swoje uczucia, a on nie ukrywał zadowolenia. Połechtałam jego ego do tego stopnia, że nie był w stanie tego ukryć. Jednak dał mi do zrozumienia, że ja czuję więcej, niż on. To fakt – byliśmy u mnie, w moim sercu, nie w jego. W swoim on nie chciał widzieć nikogo.

Wszyscy lubią słuchać tego, gdy im się mówi: „Kocham Cię”. Ale, kto to mówi?

Moja droga przyjaciółka, ponad rok temu została brutalnie pobita i wykorzystana seksualnie. Przeszła dzielnie przez piekło, niczym mały rycerz: dzień po dniu załamując się i wstając ponownie. Konfrontując się z tym koszmarem: od wizyty w szpitalu, zeznania na komendzie aż po sprawę sądową, terapię i pobyt w ośrodku zamkniętym, kiedy czuła, że jest już pod ścianą. Gdy przebywała w szpitalu na zamkniętej terapii, brała udział w warsztatach grupowych. Byli tam różni ludzie: od tych, którzy chcą wyłudzić rentę, aż po nią – piękną młodą dziewczynę, której ktoś próbował złamać życie. Pozbieranie się po takich przejściach to nie tylko uczenie się życia bez strachu, ale poznawanie „od nowa” uczuć, które się wyparło. Konfrontowanie się z lękami, które zniekształcają każdy, kolejny dzień. To dochodzenie do siebie nie tylko w sensie fizycznym, ale głównie psychicznym. Odganianie poczucia winy i przychodzących zewsząd oskarżeń, że się „o to prosiło”.

Były święta Wielkanocne, przebywałam wtedy na sielankowym wyjeździe ze znajomymi. Moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie i drżącym głosem opowiadała mi o tym jak, podczas napadu uświadomiła sobie, że umrze i jednocześnie pogodziła się z tym. W jednej, tamtej sekundzie pogodziła się z tym, że umrze. To okrycie było dla niej bardzo wstrząsające. Niby wszyscy mamy świadomość śmierci, ale gdy stajemy z nią twarzą w twarz – zmieniamy optykę. Opowiedziała mi jeszcze o tym, że po grupowej terapii, na której opowiedziała o sobie, podszedł do niej jeden mężczyzna i powiedział: „Jesteś wspaniałą osobą. Chciałem do Ciebie podejść już wcześniej, ale się bałem”. Moja przyjaciółka powiedziała do mnie przez łzy: „Ja się boję, on się boi. To, kto ma się nie bać?”

Kto więc ma odwagę?

Mowa nie tylko o odwadze do niesienia wielkiej miłości przez całe życie, bo ta następuje dużo później. A co, jeżeli jeszcze się nie zamanifestowała? Co, jeśli jej pragniemy i czujemy ją w powietrzu? Co, jeśli to dopiero kiełkujące maleństwo? Kto ma odwagę przyznać, że ją widzi i czuje? Wszyscy pragną być kochani, ale kto chce kochać?

Nie jestem już młoda na tyle, aby zawstydzić się wyznania uczucia, lecz nie ukrywam, że obnażenie swoich pragnień przed osobą, która je finalnie odrzuciła – bolało.

Nie, wcale nie czułam się z tym dobrze i nie mówiłam sobie w myślach: „Ahoj, przygodo, niech się dzieje”, bo naprawdę chciałam wzajemności. Naturalnie, chciałam, aby powiedział: „ja też czuję to samo”.

Nie powiedział

Oczywiście, złapałam się za głowę i pomyślałam, że źle odczytałam jego znaki i intuicja mnie zawiodła i w ogóle, czy da się cofnąć czas? Jeżeli sądzisz, że było mi głupio i spędzała mi sen z powiek dziecinna myśl, że on być może wspomina z uśmiechem moje wyznanie i popija szampana, to masz rację, tak właśnie było. Zwykłe, dziecięce lęki naraziły mnie na pośmiewisko. Dokładnie tak się czułam. Któregoś dnia, spojrzałam na swoją twarz w lustrze, sprawdziłam stan zmarszczek i powiedziałam sama do siebie, że już nie jestem tą małą dziewczynką i nie bawię się w chowanego. Czułam to prawdziwie i powiedziałam prawdę, nie powinnam więc się wstydzić. Być może mu się podobałam, może lubił ze mną rozmawiać, ale nic więcej. Pomyliłam się – zdarza się.

Niby to oczywiste, bo tak powinno być, ale nie wychowałam się w domu, w którym słyszałam, że ktoś mnie kocha, akceptuje i wspiera. Przyjmowałam więc każdą formę miłości i szukałam jej, po omacku. Nie mam doświadczenia w wyznawaniu uczuć i tego, co powinnam z nimi zrobić. Zawsze chciałam być kochana, jak wszyscy. Miłość, z czasem stała się moją obsesją. Moje rozterki mogą wydawać się niewielkie i dziecinne, ale uwierz mi, osobom, które od zawsze czuły, że już w momencie urodzenia odmówiono tego uczucia, widzą sprawy trochę inaczej.

Od czasu mojego wyznania miłości minęło już wiele miesięcy. Uczucie naprzemiennie odchodziło i wracało. Mimo wszystko jednak – chciałam kochać. Pragnęłam miłości. Naprawdę, cholernie jej pragnęłam i w dziwny sposób obwiniałam siebie o to, że chcę kochać, jakby to było czymś złym, nieodpowiednim.

Jednak nie miałam przycisku „on/off”. Dzisiaj już, jak w banalnej piosence, zostało jedynie tylko wspomnienie, ale potrzeba kochania (na szczęście!) pozostała. Przede wszystkim, pokochałam siebie – tę przegraną i wyśmianą dziewczynkę, która przegrywała wszystkie zawody i zabawy świata. Pokochałam tą, która niemalże skakała pod sufit, aby zostać zauważoną i pokochaną. A kiedy to się stało, moje małe serce zechciało kochać, bez obsesji, bez pośpiechu, bez lęku.

Mówienie, czy pisanie o miłości jest piękne, ale niezwykle trudne. Tyle twórczości zrodziło się z tęsknoty za tym uczuciem. Wielu z nas widzi ją inaczej: jedni chcą bezpieczeństwa i stagnacji, a inni oczekują wiecznych porywów serca. Nie wiadomo, jak ją ująć w słowach, w obrazie, w muzyce. Jest to chyba jedyne uczucie, którego obecność widać w tak wielu formach sztuki. Gdyby tak zostać statystykiem okazałoby się, że znaczna ich większość to wyznania, które z jakichś powodów nie mogły się zamanifestować w codziennym życiu. Wyznanie miłości jest dużym wyzwaniem.

Ponoć radość i smutek są połączone ze sobą, niczym krąg. Można by zatem uznać, że są tym samym. I chyba tak jest, że smutek jest ciemną stroną radości, a radość – jasnością smutku. Niewyznana miłość, to ciemna strona kręgu, która zamyka drogę do radości. Ale, skąd wiemy, że gdy wyznamy swoje uczucia, to ogarnie nas radość?

Może trzeba sobie na to przyzwolić? Może warto porzucić poczucie winy i wybudzanie dziecięcych lęków? Nie czuć się śmiesznym tylko dlatego, że kochamy. Im bardziej będziemy bowiem powstrzymywać uczucia, tym usilniej będą chciały się wydostać. Miłość to pięknie, ale bardzo trudne uczucie zwłaszcza, gdy zostajemy z nim sami.

Ale, to przecież nadal miłość, nieprawdaż?

Uczucia do mojego „love” długo we mnie tkwiły, dając jednocześnie uśmiech o poranku i wieczorny żal. Popadałam ze skrajności w skrajność: mówiąc do siebie, na głos, że go kocham, aby za chwilę wypierać to uczucie i warczeć na jego oblicze, które pojawiało się w moich myślach. Byłam umęczona i czułam złość, bo miłość powinna wznosić ponad wszystko, a nie poniżać. A ja się właśnie tak czułam: poniżona, podrzucona w przedbiegach i ośmieszona.

Odpuściłam dopiero po długim czasie, a stało się tak dopiero wtedy, gdy mówiłam do siebie, za każdym razem: „tak, kocham go”. Wbrew moim lękom nie nastąpiły salwy śmiechu i nie czułam się, jakbym stała cała goła pośród ludzi, którzy zakrywając usta dłonią powstrzymują śmiech. Ukoronowałam się tym wyzwaniem: „Tak, Pola, jesteś już dużą dziewczynką i masz prawo kochać nawet miłością nieodwzajemnioną”. Odpuściłam. Zamiast zadręczać się tym, że on mnie nie kocha – ja kochałam sobie jego. Nikt nie mógł mi tego zabronić. Byliśmy sobie u mnie, w moim sercu i było mi tam z nim całkiem dobrze. O dziwo stałam się roztańczoną, naiwną Polą i było mi z tym dobrze.

Aż pewnego dnia, gdy do niego znowu zajrzałam, okazało się, że mojego „love” w nim nie ma. Został jego portret, za szybą – uwieczniony i wygaszony. Miłość sama wyparowała. Nie czułam ani żalu, ani ulgi, tylko znak czasu. Nie wiem nawet kiedy przestałam na niego spoglądać, ale dałam sobie prawo do kochania i ta zabawa w wyjawianie uczuć się udała. Zagrałam „Va bank” i finalnie poczułam, że było warto. Nie łudziłam się, nie biczowałam, nie darłam na sobie szat, że ktoś odmówił mi uczuć. Kochałam sobie jego do woli i moja dusza z czasem odzyskała spokój.

Prze ten cały czas „kochania” pisałam do niego listy. Taki miałam klimat. Nie mogłam mówić do niego, więc pisałam w przestrzeń: wielbiłam go albo złościłam się na niego, że nie odpisuje.

Fakt, może to nawet trochę zabawne, ale kto powiedział, że wszystko trzeba zupełnie na poważnie. No, kto? Owszem, mogłam się zadręczać i opłakiwać tę niespełnioną miłość długi czas. Co też uczyniłam. Opłakałam, a potem pomyślałam: „Ok, fajnie było. Tyle, że ja nadal go kocham”. Teraz, po czasie stwierdzam, że być może, niezależnie od tego, jaką formę „przeżywania” bym wybrała, to bardzo możliwe, że wszystko trwałoby tak samo długo. Ale w moim, nowym wydaniu było to milsze, nie destruktywne i umocniło mnie.

Widzisz? Czy nie czujesz, czytając to, że pisanie o tym jest dla mnie męczące, a dla Ciebie czytanie tego nie jest lekkie i przyjemne? Dokładnie tak. Zawsze tak jest, gdy zabieramy się za pisanie o miłości. Pisz więc, kochana o swojej miłości własnym stylem i szyj ją na swoją miarę.

Tekst i foto – Pola Jezierska

 

Pola Jezierska obecnie jest pracownikiem Agencji Rządowej. Swoją pracę zawodową traktuje jako bazę do samodzielnej opieki nad dziećmi. Swoje pasje rozwija „po godzinach” prowadząc od 2009 roku własne atelier fotograficzne skupiając się na intymnych i osobistych sesjach kobiecych. Nie są to jedynie akty, to obrazy wyszukujące duszy. Pomysł powstał z potrzeby poznawania ludzi i odkrywania ich „drugiej natury”. Założeniem tego typu sesji jest poszukiwanie siły u kobiet uważających się za słabe i wrażliwości oraz subtelności u pań, które mają ognisty temperament.

W 2009 roku, przez rok była członkiem Zarządu Fundacji „Being World”, pełniąc funkcję sekretarza. Fundacja planowała duży projekt mający na celu zjednoczenie w jeden głos, wszystkich kultur na świecie mówiący o tym, co dla Ziemi, jako planety jest najlepsze.

W 2013 roku prowadziła własną świetlicę dla dzieci w wieku szkolnym pod nazwą „Rowerek Uniwerek”. Założeniem działalności była opieka nad dziećmi, które nie chcą spędzać czasu w świetlicach szkolnych, choć niewątpliwie wymagają opieki po godzinach lekcyjnych. Ponadto, świetlica funkcjonowała bez żadnych multimediów. Cały projekt był autorski i zakładał wspólne zabawy zachęcające do integracji, poruszania ważnych tematów, socjalizacji bez social mediów i urządzeń multimedialnych oraz indywidualnego czasu poświęconego każdemu dziecku w tym niezwykle ważnym okresie życia, jakim jest dorastanie.

W ramach funkcjonowania świetlicy zorganizowała dwa przedstawienia w ramach autorskiego projektu „Doctor Luna”. W przedstawieniach pt.: „Siedem życzeń” i „Dama Pik” występowały dzieci i niosły przekaz o tym jak bardzo młodzież potrzebuje, aby dorośli angażowali się w ich życie i rozwój.

Chętnie angażuje się we wszelkie projekty: pracowała jako wolontariusz na Sopot Film Festiwal 2016 roku, organizowała konkursy w szkole swoich, występowała na scenie, przeprowadzała warsztaty dla dzieci, np.: „Wy nie wiecie, a ja wiem, jak rozmawiać trzeba z psem” ucząc dzieci jak rozpoznać zachowania psa i jak bronić się przed ewentualną agresją z ich strony.

Rozwiedziona melomanka. Kocha film, przyrodę, stare kamienice. Tarocistka wielbiąca wewnętrzne piękno kobiet oraz ich siłę. „Pisarka – szufladkarka”, tworząca własną poezję, a po rozwodzie i totalnym wywróceniu życia do góry nogami – napisała książkę i nadała jej tytuł„Obsesja”.

Pisze i tworzy zawsze pod pseudonimem, ponieważ, jak uważa jej własne imię do niej nie pasuje i w żaden sposób się z nim nie utożsamia.

Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on LinkedInShare on Google+