KIEDY BOIMY SIĘ SWOJEJ WIELKOŚCI

 

Każdy z nas kryje w swoim sercu wyjątkowe pragnienie. To pragnienie jest największą potrzebą naszego jestestwa. Przychodzisz na ten świat ubogacony w talenty, z ogromną potrzebą wyrażania własnego „ja”, bycia wyjątkową esencją wielu barw, ale również dzielenia się nią z innymi. Kiedy podążasz za tym pragnieniem, twoje życie staje się spełnione i klarowne. Wszystkie iluzje odchodzą w zapomnienie, zostaje tylko to, co jest prawdą. Czy jest to jednak proste?

Znaleźć swoją miłość to jedno, ale pójść za nią to co innego. Dlaczego nie zawsze idziemy za tym, co kochamy? Bo droga do spełnienia, to droga do samego siebie, bo ile w nas blokad, wątpliwości, niewiary w samego siebie, tyle manifestacji tego braku. Na tej drodze poznasz swoje największe cienie i wiedz, że bez uznania tych cieni nie nauczysz się świecić. Bez uznania swojej ciemności nie dotkniesz swojej potęgi i mocy.
Doświadczam tego sama. Mam świadomość własnego potencjału, jednocześnie ograniczam samą siebie. To jak taniec – jeden krok do przodu i dwa do tyłu. To jak bojkot, który pozwalał mi rosnąć tylko do określonego momentu i wprawia w bezruch.

Dlaczego boimy się swojej własnej wielkości?

Abraham Maslow nazwał to zjawisko „Kompleksem Jonasa”. Jest to aluzja wywodząca się z Biblii. W tej przypowieści Bóg wyznacza Jonasowi pewną misję. Ten jednak ucieka i skrywa się, bo nie wierzy, że jest zdolny podołać temu zadaniu. Pod wpływem licznych zdarzeń spełnia w końcu wolę Boga. Wypełnia misję, a jednocześnie odnajduje i uznaje własną wielkość.
Ile razy w swoim życiu uciekałam przed swoim przeznaczeniem, przed przyjęciem propozycji, rozmową, uporządkowaniem jakiejś sprawy, przed kolejnym krokiem realizacji jakiegoś celu.
Maslow mówi „w człowieku jest obecna postawa obronna przed wzrostem, przed realizowaniem własnych potencjalności; postawa obronna przed odpowiedzią na indywidualne powołanie”.
Maslow wyraża przez to pogląd, że człowiek boi się nie tylko ciemnej strony samego siebie, własnej słabości, bezradności, własnego „cienia”, ale boi się także światła, które w nim jest, boi się własnej potęgi, przed którą niekiedy panicznie ucieka.

Lojalność bycia taką jak inni

Myślę, że powodów ucieczki przed własnym sukcesem jest tyle ilu ludzi na ziemi i każdy powinien popatrzeć na własne. Czasem nie wierzę we własną zdolność do konfrontacji z tym, czego jeszcze nie znam. Czasem czuję ślepą lojalność wobec środowiska, w którym jestem. Czy kiedy będę taka jak inni, nie zostanę wykluczona?

Takie życie jest pudełkiem. Chodzisz na palcach wokół ludzi, aż przychodzi taki dzień, kiedy czujesz się jak Goliat w za ciasnym ubranku. Aby pójść dalej, musisz zauważyć własną wielkość i pozbyć się wszystkiego, co cię krępuje. Pójść swoją drogą, bez względu na innych. Jest to niewątpliwie trudny moment, czas odcięcia pępowiny i wyruszenia na bezdroża w poszukiwaniu samej siebie.

Lojalność wobec „tłumu” wywodzi się z lojalności wobec domu rodzinnego, czy szkolnego środowiska, w którym dorastaliśmy. Wrażliwe, wyjątkowe dzieci bardzo często są nierozumiane. Pojawia się pragnienie, aby być takim jak inni, żeby czuć przynależność i akceptację. Prawda jest taka, że będąc dorosłymi nieukochanymi dziećmi, sami dla siebie musimy stworzyć dom swoich marzeń. Taki w którym bezkarnie możemy być sobą. Zbudować siebie na nowo, dowiedzieć się, jaka jestem naprawdę, z czym tu przyszłam, jaka jest moja prawdziwa natura, co mi służy, a co mi szkodzi.

Odkryj radość własnej autonomii, opuszczając tym samym stary, skostniały system. Ile razy słyszałaś „taka jesteś” — „leniwa” „słaba” „nie dość dobra”? Pamiętaj, że ci, którzy tak mówią, tak naprawdę sami nie skonfrontowali się ze swoim cieniem, przerzucając na ciebie wszystko to, z czym sami sobie nie radzą. „Prawdziwa przynależności nie da się pozyskać z zewnątrz, człowiek nosi ją w swoim sercu”.

Jeśli każde „taka jesteś” sprawia, że chcesz coś udowodnić i zyskać uznanie, to musisz pamiętać, że jest to droga do bycia zależną od innych, oddawanie im swoich sterów, zaproszenie do tego, aby pociągali za sznurki. Zacznij od zbudowania, a raczej uznania swojej wartości i wielkości.

 

Na własnej drodze 

Po czym poznać, że droga, którą podążam jest moja? Joseph Campbell napisał: „Jeżeli zobaczysz przed sobą dokładnie wyznaczoną ścieżkę, to możesz mieć pewność, że to nie jest twoja ścieżka. Swoją ścieżkę wyznaczasz wraz z każdym kolejnym krokiem. Właśnie dlatego jest to twoja ścieżka.


Kiedy staniesz się wolna i niezależna po prostu zaczniesz czuć, co jest twoje a co nie. Brene Brown pisze o przynależności jako największej ludzkiej potrzebie. Czym jest zdrowa przynależność? Taka, która nie wymaga zmiany tożsamości i zaniżania swojego potencjału.
Przynależność jest wewnętrznym ludzkim pragnieniem, by stanowić część czegoś większego niż my sami. Ponieważ ma ono pierwotny charakter, często próbujemy je zaspokoić poprzez dopasowanie się i szukanie uznania, które nie tylko są pustymi substytutami przynależności, ale często też przeszkadzają w jej osiągnięciu. Wynika to z tego, że o prawdziwej przynależności możemy mówić tylko wtedy, gdy zaprezentujemy innym nasze prawdziwe, niedoskonałe „ja”. Nasze poczucie przynależności nie może być wyższe od poziomu samoakceptacji”.
Prawdziwa przynależność wymaga bycia tym, kim się jest. 

Jestem tu i mówię swoim własnym głosem, nie gorszym ani lepszym…po prostu moim. Tylko ten głos pozwoli mi realizować swoją własną wielkość. 

Dorota Pawelec – pisanie jest dla mnie odkrywaniem siebie prawdziwej, poszukiwaniem odpowiedzi na ważne pytania, odkrywaniem skarbów i dzieleniem ich z innymi. Zawodowo prowadzę Fundację, której misją jest pomoc w przejściu przez zmianę, aby ludzie zaczęli  żyć w zgodzie ze sobą. Bieżący projekt dotyczy osób w trudnych związkach, w trakcie rozwodu, lub po rozstaniu.  Na co dzień staram się godzić swoje pasje, życie zawodowe i rodzinne. Jestem mamą Mai, Michała i Krzysia.

 

Tweet about this on TwitterShare on FacebookShare on LinkedInShare on Google+
  • naszebabelkowo.blogspot.com

    Ja już nie szukam przynależności – wręcz przeciwnie, unikam ludzi i jestem aspołeczna. Najlepiej czuję się sama ze sobą i z moją najbliższą rodziną – rozumianą jako mąż i synek. Towarzystwo innych mnie męczy, konieczność podtrzymywania jałowych rozmów z ludżmi to dla mnie katorga. Wolę siedzieć we własnej strefie komfortu – nawet jeśli nie rozwinę przez to jakiegoś swojego potencjału.

  • Iza

    Trudny tekst. Nie odnajduję się we wszystkim, ale trafiają do mnie słowa, że potrafimy się bać własnej potęgi, czyli nikt inny tylko my sami podcinamy sobie skrzydła. 🙁

  • Dorotko- pięknie to napisałaś. Sama im jestem starsza, tym częściej dopadają mnie takie wątpliwości. Więc powiem tak: ja w Ciebie wierzę.

    Ściskam,
    E.